Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 marca 2018

WSPOMNIENIOWE NADWISŁOCZE

2014.12.29 16:44:32

Marta Gdula – Żukowicz 
„Rodzinne wspomnienia” 

Część II - wątki złoczowskie 

Podczas wojny światowej toczyły się w rejonie miasta walki rosyjsko-austriackie i rosyjsko-niemieckie, w wyniku których m.in. zniszczono zamek Sobieskich. Pod Złoczowem walczono też w sierpniu 1920 roku, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Według informacji zawartych w przewodniku Wojewódzkiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, wydanym w roku 1929, czyli kilka lat po osiedleniu się dziadków w Złoczowie, miasto posiadało wówczas ponad 11000 mieszkańców. Oprócz rozlicznych instytucji państwowych i samorządowych, swoje siedziby miało tu siedem baków: Gospodarczy, Eskontowy, Handlowy, Kooperatywny, Rzemieślniczy, Spółdzielczy Kresowy i Zaliczkowy oraz Oddział Biura Podróży „Orbis”. 

Na terenie miasta znajdowały się trzy kościoły (w tym dwa greko-katolickie), trzy szkoły powszechne (w tym jedna ukraińska), polskie i ukraińskie gimnazjum oraz prywatne seminarium nauczycielskie, w miejsce którego w późniejszych latach utworzono gimnazjum kupieckie. 
Funkcjonowały tu dwa szpitale (w tym jeden wojskowy), trzy apteki, żydowski Dom Starców, Dom dla Nieuleczalnie Chorych, a także Zakład Pogrzebowy, Zawodowa Straż Ogniowa, elektrownia, ujęcie wody pitnej i oranżeria. Miasto posiadało dwa młyny, olejarnię, kilka piekarń, ubojnię drobiu, trzy rzeźnie, kaszarnię, Zakłady Ogrodnicze, kilka restauracji, kawiarnię i cukiernię oraz kino i pięć księgarni. Dysponowano również stadionem miejskim, odkrytym basenem kąpielowym, dwoma kortami tenisowymi i kręgielnią. Na terenie Złoczowa funkcjonował Dom Żołnierza 52 Pułku Piechoty, Towarzystwo „Strzelec”, Polskie Towarzystwo „Sokół”. Cywilno-Wojskowy Klub Sportowy „Janina”, z pełnym zapleczem socjalnym (szatnie, bufet, prysznic). Na klubowym stadionie przygotowywano co roku w zimie lodowisko, które, dzięki oświetleniu elektrycznemu, funkcjonowało codziennie do późnych godzin wieczornych, przy czym w godzinach popołudniowych łyżwiarskim popisom bywalców towarzyszyła orkiestra wojskowa. Znajdowało się tu także kilka fabryk, produkujących m.in. wyroby metalowe, chemiczne, spożywcze i papiernicze, dwa tartaki, trzy garbarnie, dwie cegielnie oraz trzy drukarnie (w tym sławne na cały kraj wydawnictwo Zuckerkandla, specjalizujące się w wydawaniu bryków oraz tanich książek, w wersji tzw. Kieszonkowej), jak również polskie i ukraińskie kooperatywy, takie jak: „Chliborob”, „Inwalidzka Spółdzielnia dla Handlu i przemysłu”, „Kółko Rolnicze”, „Narodna Tarhowka”, „Powiatowa Gospodarka Spożywcza”, „Samopomicz”, „Praca”, „Spółdzielnia 12 Pułku Artylerii Polowej”, „Spółdzielnia 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych”, oraz „Spółdzielnia Rzemieślników Chrześcijańskich”. 

Jeśli chodzi o strukturę społeczną miasta, to znaczącą grupę stanowili rzemieślnicy, tacy jak: bednarze, blacharze (10), cieśle, cukiernicy, dekarze, fryzjerzy (14), garbarze, geometrzy, introligatorzy, jubilerzy, kaflarze, kapelusznicy, kotlarze, kowale, krawcy (10), kucharze, kuśnierze, lakiernicy, malarze, mechanicy, murarze, powroźnicy, rymarze, rzeźnicy (19), stolarze (16), szewcy (18), ślusarze, tapicerzy, technicy dentystyczni, tokarze i zegarmistrze. Mieszkało tu również sporo przedstawicieli tzw. wolnych zawodów, m.in. dwudziestu lekarzy (w tym dwu stomatologów), trzech weterynarzy, trzy akuszerki, dwudziestu dziewięciu adwokatów i trzech notariuszy oraz spora grupa oficerów i podoficerów, którzy pełnili służbę w złoczowskim garnizonie. W okresie międzywojennym w złoczowskim garnizonie stacjonował 52 Pułk Strzelców Kresowych, 12 Pułk Artylerii Lekkiej oraz Szwadron Kawalerii Konnej (ułani). 

Rodzinne Gniazdo 

Dziadek Matuszko, który jeszcze przed wojną pracował jako murarz w wielu budowlach, między innymi w Warszawie, i  miał dość duże doświadczenie w swoim zawodzie, został skierowany do kierowania pracami przy remontach oraz budowie różnych obiektów wojskowych, należących do tutejszego garnizonu. Swoją służbę w Złoczowie rozpoczął od nadzorowania pracy przy budowie osiedla oficerskiego, znajdującego się na obszarze koszar. Młodzi zamieszkali w jednym z pierwszych domów tego osiedla, dzieląc go z inną rodziną oficerską, starszym małżeństwem, z którym do tego stopnia się zaprzyjaźnili, że podpułkownik Alfred Schmidt został ojcem chrzestnym ich najstarszej córki Władysławy – mojej mamy, a jego żona matką chrzestną drugiej z córek, rok młodszej Józefy. Z panem podpułkownikiem znał się dziadek jeszcze z czasów wojny polsko – bolszewickiej. W Złoczowie pełnił on do, 1928 roku, funkcję komendanta Wojskowej Komendy Uzupełnień, a następnie został przeniesiony do Gniezna. Ponieważ na terenie koszar nie było wówczas jeszcze kasyna oficerskiego, moja babka – będąc jedną z nielicznych kobiet mieszkających na terenie koszar, które nie były jeszcze obarczone potomstwem – podjęła się, przez pewien czas gotowania obiadów dla samotnych oficerów. Dziadkowie mieszkali na terenie garnizonu do końca 1937 roku, czyli do czasu kiedy dziadek przeszedł na wojskową emeryturę. Tu przyszły na świat ich kolejne dzieci: Władysława w 1922, Józefa w 1923, Zygmunt 1927 i Stanisław w 1925 roku. Babcia zajmowała się prowadzeniem domu oraz wychowywaniem coraz liczniejszej gromadki, w czym pomagała jej przyjęta do pracy, dziewczyna oraz ordynans dziadka, który zawsze towarzyszył paniom przy dokonywaniu większych zakupów. Natomiast dziadek, który był człowiekiem głęboko wierzącym po codziennej, porannej mszy, udawał się do swych wojskowych obowiązków. Odejście dziadka na emeryturę zbiegło się niemal dokładnie w czasie z przejęciem dowództwa w złoczowskim garnizonie przez generała Stanisława Dąbka, który zarządził, zgodnie z rozkazem naczelnych władz wojskowych, aby ze względu na bezpieczeństwo, wszystkie rodziny oficerskie zamieszkały poza terenem koszar. Rodzina mamy przeniosła się wówczas do kamienicy znajdującej się przy ulicy Jana III Sobieskiego. Zamieszkanie na mieście przyśpieszyło podjęcie przez dziadka decyzji, dotyczącej budowy domu, na zakupionej wcześniej parceli, znajdującej się w Złoczowie, przy ulicy Henryka Sienkiewicza (dawniej Kolejowej). Niestety wybuch wojny przerwał prace przy budowie domu i dopiero w 1942, już za Niemców, udało się go ostatecznie ukończyć. W czasie swojej długoletniej służby, nie mówiąc już o jego żołnierskich zasługach, jakie odniósł – tak podczas I wojny światowej, jak i w czasie wojny 1920 roku – dosłużył się zaledwie stopnia chorążego, pełniąc – po wielu latach – funkcję szefa służb kwatermistrzowskich, tutejszego garnizonu, co moja mama przypisywała niechęci dowództwa – zwłaszcza po przewrocie majowym – do byłych hallerczyków. Ja natomiast myślę, że przeszkodą na dalszej drodze do awansu stanęło po prostu średnie niepełne wykształcenie dziadka. Ale jako fachowiec, posiadający uprawnienie budowlane, był bardzo ceniony, o czym zapewne świadczy powierzenie mu funkcji szefa służb kwater mistrzowskich złoczowskiego garnizonu, a także pełnienie przez niego nadzoru różnego rodzaju umocnień obronnych, zwłaszcza w drugiej połowie lat 30-tych, czy też siedziby złoczowskiego oddziału Towarzystwa Szkoły Ludowej. 
Po przejściu na wojskową emeryturę założył własne przedsiębiorstwo budowlane, w którym zatrudniał kilkanaście osób. Dowodem na markę, jaką posiadała jego firma, był chociażby fakt, że w 1938 roku wygrał przetarg na budowę tak prestiżowego obiektu, jak nowa siedziba złoczowskiego Starostwa. 

WOJENNE LOSY 

Pierwsze dni po wybuchu wojny 
Pod koniec sierpnia 1939 roku dziadek, podobnie jak wielu innych emerytowanych oficerów i podoficerów, zgłosił się do złoczowskiego garnizonu, gdzie powierzono mu ponownie funkcję szefa kwater mistrzowskich. Pierwsze dni po wybuchu wojny były wypełnione wytężoną pracą nad sprawnym zaopatrywaniem – w niezbędną broń, amunicję i inne wyposażenie wojskowe – udających się na front jednostek. Kolejne dni to dozbrajanie zgodnie z rozkazami napływającymi z linii frontu, znajdujących się tam jednostek i jednoczesne, pośpieszne wyposażenie kolejnych jednostek drugiego rzutu, tworzonych ze zgłaszających się do garnizonu rezerwistów. Kiedy 17 września okazało się, że od wschodu, w zaskakująco szybkim tempie zbliżają się do Złoczowa wojska sowieckie, co do prawdziwych intencji których kierownictwo garnizonu złoczowskiego nie miało najmniejszych złudzeń, wydano rozkaz wymarszu pozostałych na terenie garnizonu wojsk na południe, z poleceniem zabrania całego pozostającego w dyspozycji zapasu broni, amunicji i innego wojskowego sprzętu. Dziadek wraz z drugim rzutem 52 Pułku Strzelców Kresowych, wyruszył na południe i 22 września dotarł do miejscowości Tłumacz, gdzie zgodnie z rozkazem Rydza-Śmigłego, postanowiono poddać się zbliżającym się oddziałom sowieckim, mając nadzieje, że dzięki temu uda się uniknąć krwawych zajść, jakie miały miejsce w Tarnopolu, o których słyszeli już wcześniej, od mieszkańców miejscowości znajdujących się na trasie ich przemarszu. Oczekując na zaborców i nie spodziewając się po nich niczego dobrego, każdy na własną rękę szukał sposobów zminimalizowania czekającego go niebezpieczeństwa, jakie niechybnie groziło im z rąk „wyzwolicieli”. Niektórym udało się zdobyć, od miejscowej ludności, cywilne ubrania, co umożliwiło im podjęcie próby powrotu do domu na własną rękę. Pozostali, po złożeniu broni, uformowani w długą kolumnę, eskortowaną przez żołnierzy sowieckich o azjatyckich rysach zwanych przez polską ludność „kałmukami”, wyruszyli wczesnym rankiem następnego dnia szosą w kierunku Horodenki. Ponieważ dziadkowi nie powiodła się próba zdobycia cywilnych ubrań, postanowił na najbliższym postoju spróbować ucieczki. Kiedy po wielu godzinach marszu zatrzymano się na krótki odpoczynek dziadek, tuz przed ponownym wyruszeniem kolumny, zaczął przewijać onuce i w chwili wymarszu jeńców pozostał w tyle, czego na szczęście w pierwszej chwili nie zauważyli konwojujący żołnierze. Wykorzystał to i jak mógł najszybciej, kilkoma susami dopadł pierwszych drzew pobliskiego lasu. Usłyszał za sobą świst kul i wściekłe wrzaski „kałmuków”, ale nie zważając na nic biegł dalej, zagłębiając się coraz bardziej w las. Po pewnym czasie, na szczęście, krzyki i strzały umilkły. Był wolny, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z czyhającego go w powrotnej drodze niebezpieczeństw. Wiedział już o bandach Ukraińców, napadających na powracających do domu polskich żołnierzy i innych uciekinierów, jak również na miejscowości zamieszkałe przez Polaków. Obawiał się też spotkania z sowieckim wojskiem. Postanowił więc przedzierać się w kierunku Złoczowa tylko nocą. Nieraz widział z oddali łuny pożarów i dochodziły go odgłosy, od których jeżył mu się włos na głowie. To nacjonaliści ukraińscy w sposób bestialski rozprawiali się z mieszkańcami polskich wsi. Podczas powrotu żywił się resztkami tego, co pozostało mu w plecaku i tym co znalazł do jedzenia w lesie i nocami na polach. Po kilku dniach, późną nocą, dotarł w końcu do Złoczowa. W tajemnicy przed dziećmi, które już na szczęście spały, przebrał się w cywilne ubranie, kazał babci ukryć mundur i wojskowe dokumenty, a sam, po zjedzeniu pierwszego, po wielu dniach, normalnego posiłku, po czym pożegnał się z żoną i najbliższym pociągiem odjechał do Lwowa, gdzie zamieszkał w baraczku na kupionej przed wojną parceli, a właściwie w wiśniowym sadzie, znajdującym się na lwowskiej Sygniówce. 
Dzięki mężowi swojej siostry Marii – Janowi Domańskiemu, który pomagał mu w zdobywaniu różnych, dorywczych prac, ukrywał się tam, aż do wkroczenia niemieckich wojsk w czerwcu 1941 roku, pracując najczęściej jako murarz. W tym czasie nie pomagał swojej rodzinie, bo dorywcza praca, jaką od czasu do czasu udało mu się wówczas zdobyć, wystarczała zaledwie na to, aby przeżyć, a poza tym zdawał sobie, również sprawę z tego, że – jako rodzinie zawodowego polskiego podoficera – grozi im z rąk sowieckich poważne niebezpieczeństwo, chociaż nie przypuszczał wtedy, jak poważne. 

Za Sowietów 

Z chwilą wyjazdu dziadka do Lwowa, rodzina mamy znalazła się w bardzo trudnym położeniu. Z jednej strony obawiano się zsyłki, która mogła nastąpić w każdej chwili, z drugiej zaś rodzina pozostawała niemal bez środków do życia. Codziennie kładli się do snu w ubraniach z lękiem, że w środku nocy obudzi ich odgłos dobijających się do drzwi żołdaków. Co wieczór, przed położeniem si e do łóżek, przygotowywano tobołki zawierające: odzież, pościel, zapasy jedzenia i najpotrzebniejsze sprzęty – na drogę w nieznane. Babcia całymi dniami przygotowywała suchary, które pakowała potem do osobnego worka. Z każdym dniem ubywało znajomych. 
Aż w końcu przyszła wiosna 1940 roku taka noc, kiedy do ich kamienicy, gdzie oprócz nich, w mieszkaniu naprzeciw mieszkała rodzina majora Sroczka, którego los po zakończeniu kampanii wrześniowej nie był znany, zawitali sowieci. Kiedy zaczęto dobijać się do mieszkania sąsiadów, rodzina mamy zamarła z przerażenia, a po chwili wszyscy, jak jeden mąż, zaczęli po cichu odmawiać „Pod Twoją obronę”,  nasłuchując jednocześnie z natężeniem, co dzieje się w sąsiednim mieszkaniu. Widzieli przez wizjer jak sąsiadka szlochając opuszcza wraz z córkami Danką i Zulą swoje mieszkanie, przy wtórze wrzasków popychających je żołnierzy, którzy zaczęli się z kolei dobijać się do mieszkania dziadków. Po otwarciu drzwi przerażona babcia ledwie zrozumiała, że każą jej pójść do sąsiadów, gdzie w jej obecności spisano cały, pozostawiony przez rodzinę dobytek, a sporządzoną listę wręczono oszołomionej babci z poleceniem, że ma wszystko sprzedać, a następnie rozliczyć ze sprzedanego majątku z radziecką władzą. 
Pani Soroczak udało się jedynie, korzystając z chwili nieuwagi żołnierzy, którzy zajęci byli „inwentaryzacją”, szepnąć mojej mamie, że schowała na strychu tobołek z pościelą, którą prosiła, aby do ich powrotu przechować. Z powierzonym majątkiem miała babcia mnóstwo kłopotów. Zgłaszający się kupcy, głównie żony sowieckich wojskowych, Ukraińcy i Żydzi, chcieli za bezcen wyłudzić pozostawiony przez sąsiadów dobytek. Zdarzały się też i zabawne sytuacje. Pewnego dnia zgłosiły się do babci dwie kobiety, żony sowieckich oficerów, zwanych przez Polaków „oficerszami”, które kupiły koszule nocne, będąc świecie przekonane, że to balowe suknie. Pomimo tej niby stabilizacji, cały czas obawiano się tego co przyniesie jutro. Babcia najbardziej bała się, że jako rodzina wojskowa, mogła w każdej chwili znaleźć się na listach do zsyłki w głąb Rosji. Dopiero wiele lat po wojnie zrozumiała dlaczego tak się nie stało. Otóż, jak już dziś wiemy, wszystkich polskim oficerom i podoficerom, którzy znaleźli się w niewoli sowieckiej, mówiono, niedługo przed dokonaniem na nich egzekucji, że zostaną zwolnieni i powrócą do domów. Pozwolono im o fakcie zawiadomić rodzinę z czego wszyscy chętnie skorzystali, chcąc uspokoić swoich najbliższych.  
Niestety nie mieli wtedy najmniejszego pojęcia, o czym teraz już wiemy, że adresując listy, skazują automatycznie najdroższe sobie osoby na straszny los zesłańców, do dopiero wiele lat po wojnie okazało się, że w tym samym czasie kiedy rozstrzeliwano kwiat polskich wojskowych  i inteligencji, ich rodziny, zamieszkałe na terenach znajdujących się pod sowiecką okupacją, były wywożone w głąb Rosji. Tak wiec dopiero po wielu latach biedna babcia zrozumiała, że to ucieczka jej męża z szeregów pędzonych na wschód jeńców oraz jego późniejsze ukrywanie się we Lwowie i niekontaktowanie się w tym czasie z rodziną, o co miała przez długi czas do niego pretensje, uchroniły ją i dzieci przed wywózka. 

Z beztroskiej młodości w dorosłość 

W chwili wybuchu wojny moja mama miała 17 lat. Będąc zapaloną harcerką, uczestniczyła w lipcu 1939 roku, w kolejnym obozie harcerskim. Wcześniej organizowano je w nieodległych od Złoczowa okolicach, najczęściej pod Zaleszczykami. Tym razem zorganizowano obóz nad Bałtykiem, w okolicach Gdyni, dzięki czemu mogła po raz pierwszy zobaczyć polskie morze i poznać okoliczne zabytki. We wrześniu miała rozpocząć naukę w II klasie liceum, a ponieważ była dobrą uczennicą, to po ukończeniu szkoły, zamierzała studiować medycynę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Wybuch wojny pokrzyżował te wszystkie plany. Sowieci na terenach przez siebie zajętych wprowadzili „diesiatilietkę” i mama z dnia na dzień znalazła się zamiast w drugiej klasie polskiego liceum, w ostatniej klasie ruskiej „diesiatilietki”. Po zdaniu egzaminów końcowych, do których musiała wkuwać na pamięć, między innymi, treść konstytucji ZSRR po rosyjsku, jak również w przyspieszonym tempie nauczyć się podstaw języków rosyjskiego i ukraińskiego, została skierowana na roczny kurs nauczycielski do Lwowa, a po jego ukończeniu rozpoczęła pracę w szkole w podzłoczowskich Zazulach. 

Lata 1939 – 1941 – spotkania z przyjaciółmi 

Podczas nauki na kursach nauczycielskich zorganizowano uczestnikom wycieczkę do Kijowa. Po drodze zwiedzano kołchoz, który zapewne miał przekonać ich do tego, jakim wspaniałym i postępowym państwem jest Kraj Rad. Rzeczywiście kołchoz zrobił na nich niemałe wrażenie. W obszernych, wyłożonych białymi kafelkami oborach stały rzędem zadbane, wypasione krowy, a wokół nich uwijały się dojarki, ubrane w białe fartuchy i w białych chustach na głowach, które uzbrojone w gumowe rękawice, doiły z wielką wprawą kolejne sztuki. Było czysto i schludnie. Z zawieszonych na ścianach głośników płynęła skoczna muzyka. Być może obrazek ten przekonałby do Kraju Rad niejednego z uczestników wycieczki, gdyby nie to, że w drodze powrotnej samochód (rodzaj osinobusu), którym jechano, zepsuł się. Kierowca  próbował go uruchomić, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, ujrzano na horyzoncie jakieś światełka. Postanowiono tam szukać pomocy. Kiedy błotnistą, rozjechaną drogą, dobrnięto w końcu na miejsce, okazało się, że migocące w oddali światełka, to również kołchozowe zabudowania, ale to co zobaczono, było zupełnie różne od zwiedzanego wcześniej obiektu. Walące się budynki, zabiedzone zwierzęta, niechlujni i pijani pracownicy, jednymi słowy głód, smród i ubóstwo. Ot i czar prysł. 

PRACA I ŻYCIE PRYWATNE 

Do szkoły na Zazulach, do której skierowano mamę po kursie, musiała pieszo dochodzić codziennie parę kilometrów, bez względu na pogodę czy porę roku. Uczyła głównie ukraińskie dzieci, oczywiście po ukraińsku. W klasie miała dzieci w różnym wieku. Oprócz zupełnych maluchów były i kilkunastoletnie. Najstarszym był 17-letni Ukrainiec, z którym niewiele starsza od niego nauczycielka w żaden sposób nie umiała sobie poradzić. W końcu napisała kartkę do rodziców, z prośbą o kontakt i wysłała przez jedno z młodszych dzieci.  W trakcie kolejnych lekcji wtargnął do klasy ojciec chłopca, który wysłuchawszy skarg na swego ancymonka, bez słowa wyciągnął z portek gruby pas i zlał nim do krwi synalka, na oczach całej klasy i mojej przerażonej mamy, której w końcu udało się, z wielkim trudem, oderwać rozwścieczonego ojca od swej ofiary. Zdarzenie to tak nią wstrząsnęło, że postanowiła już nigdy nawet przy największych kłopotach wychowawczych, nie szukać pomocy u rodziców swoich podopiecznych.  Prace nauczycielki wykonywała do drugiej połowy czerwca 1941 roku, czyli do momentu wkroczenia Niemców do Złoczowa, zapewniając niezbędne środki materialne rodzinie i dając im poczucie pewnej stabilizacji, co w tamtych czasach było niezmiernie istotne.  Oprócz pracy i rozlicznych rodzinnych obowiązków znajdowała, podobnie jak wszyscy młodzi ludzie, również czas na spotkania ze swoimi szkolnymi koleżankami: Lusią Grabowską, Urszulą Bogdanowicz czy Krysią Śniadecką, a także z ówczesną sympatią Tadeuszem Maćkówką, z którym znała się jeszcze z Gimnazjum. 
Jego rodzice byli przed wojną właścicielami największej i najlepszej cukierni w mieście. Podczas okupacji sowieckiej ich cukiernię upaństwowiono i z dnia na dzień z właścicieli stali się jej szeregowymi pracownikami, a asortyment wypiekanych ciast stał się – ze zrozumiałych zresztą względów – znacznie uboższy niż ten przed wojną. 

Z początkiem 1943 roku cała rodzina Maćkówków wyjechała do Krakowa. Przez jakiś czas młodzi pisali do siebie, ale pod koniec wojny kontakt między nimi zupełnie się urwał. Pod koniec 1945 roku lub na początku 1946 roku Tadeusz odszukał moją matkę w Leżajsku, ale okazało się, że na odbudowanie związku jest już za późno. Mama była już wówczas mężatką. Według relacji jej najbliższej, leżajskiej koleżanki – pani Władysławy Markiewiczówny, po mężu Drożdżalowej, która wiele lat później opowiedziała mi tę historię, oboje przepłakali kilka godzin, oczekując na pociąg, którym szkolna miłość mojej mamy znikła z jej życia na zawsze. Przymierzając się do pisania dalszej części wspomnień, dotyczących powojennych losów ojca i całej naszej rodziny, szukałam również kontaktu z osiadłą w Krakowie rodziną Maćkówków, którzy tak byli ważni dla mojej mamy, że przez całe życie przechowywała mały album zawierający jej panieńskie zdjęcia, których pokaźną część stanowiły zdjęcia z rodzinnych spotkań u Państwa Maćkówków, a także kilka portretowych zdjęć ukochanego Tadzia, który był przystojnym i eleganckim mężczyzną. Myszkując pewnego dnia po Internecie, natknęłam się na bloga, który, jak się później okazało, prowadził jego młodszy brat Roman. Tu dowiedziałam się, że jego właściciel, pan Roman Maćkówka był do końca 2009 roku Prezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej. 
W marcu 2009 roku odważyłam się, w księdze Gości na jego blogu, napisać parę słów, przedstawiając się, jako córka Władysławy Matuszkówny, zapytując, czy jest on może krewnym Tadeusza i jeśli tak, prosiłam o kontakt, podając swój adres mailowy. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia pan Roman odezwał się, przysyłając mi drogą mailową dwa zdjęcia mojej mamy, jedno portretowe, a drugie grupowe z rodzinnej imprezy u państwa Maćkówków. W kolejnej korespondencji przesłał mi informacje, które zamieszczam poniżej. 

„Pani Marto, witam serdecznie! Dziękuję za list i bardzo ciekawe informacje o rodzinie. Ja zbieram materiały do książki o rodzina złoczowskich i ich późniejszych losach. Gdyby Pani mogła napisać krótką notę o rodzinie mamy. Skąd przybyli do Złoczowa. Czym się zajmowali. Gdzie ich korzenie? Ma to być słownik rodzin złoczowskich. Mam już dużo materiału, który trzeba uporządkować i ułożyć w jakąś sensowną całość. Nie wiem czy Pani dysponuje wiedzą o tych sprawach? Myślę, że o dziadkach na pewno będzie wiedziała. Moja kuzynka mieszkała po wojnie w Leżajsku w tej samej kamiennicy na parterze i widziała o całe zajście z postrzeleniem Pani dziadka. Imię mojej kuzynki to Urszula z Bogdanowiczów. Od Włady była młodsza o dwa lata, a teraz mieszka w Puławach. 
Jeżeli chodzi o mojego brata Tadeusza, to do Krakowa przyjechał z Ojcem, jeszcze podczas okupacji niemieckiej i podjął tu pracę, chroniąc się przed ewentualną wywózką do Niemiec. Kraków zajęty został przez wojska sowieckie – jak wiadomo – 17 stycznia 1945 r., a wojna zakończona została dopiero w maju 1945 r. Ojciec szukał odpowiedniego lokalu na cukiernię w Bydgoszczy, gdzie mieszkała moja ciotka, siostra Ojca. To się nie powiodło więc pojechał do Legnicy, gdzie otworzył cukiernię przy ul. Pańskiej (główna ulica w mieście) oraz drugą na ul. Górali, którą prowadził brat. Tak więc z perspektywy czasowej, podanej wyżej, brat mój mógł być w Leżajsku jesienią 1945 r. Być może, że to wówczas rozstrzygnęły się dalsze ich losy. Brat miał duże powodzenie i Pań, ale jakoś nie spieszył się do „żeniaczki”. Trwało to szereg lat. W końcu został zmuszony. Czy był szczęśliwy tego nie wiem. Miał syna i dwie córki. Jedna mieszka w Krakowie, a syn i druga córka są w USA. 
Czy Włada była szczęśliwa? – przepraszam, że o to pytam. Chcę po prostu wiedzieć, czy ich uczucia były na pewno szczere i głębokie, bo jak pamiętam jeszcze okres złoczowski, to Włada czuła się u nas jak w rodzinie. Niestety losy różnie się układają, nie zawsze po myśli, a najczęściej wbrew niej. 
Przepraszam, że tak bezpośrednio piszę, ponieważ wiem, że młodzi często chcą dociec tego, co nie było im dane. Czy w albumach są zdjęcia brata i z jakiego okresu? Jeżeli będzie Pani miała jakieś pytania, to proszę pisać. Na wszystko odpowiem, oczywiście co jest mi wiadome. 
Pozdrawiam! Roman brat Tadeusza” 



I wojna światowa (1914 – 1918)

niedziela, 14 grudnia 2014 11:48
       
Zamach w Sarajewie i śmierci arcyksięcia Franciszka Ferdynanda – a było to w niedzielę 28 czerwca 1914 roku, a w Złoczowie wszystko żyło pod znakiem grożącej wojny. Po miesiącu ukazał się dekret mobilizacyjny - tak opisuje ten okres Józef Błoński w Pamiętniku  1891 – 1939. 

Mobilizacja odbywała się w warunkach niezwykłych. Właściwie mogło by jej nie być. Umundurowanie, ekwipunek i broń wydawano bez zwykłej skrupulatności. Kto umiał się upomnieć, dostał wszystko, czego zapragnął. Tłumy powołanych rozmieszczone po kwaterach, na podwórzach, ogrodach i polach kręciły się po mieście bez opieki. Oddziały wojskowe 80K. u K. Infanterie Regiment, Obrony Krajowej, 35 i 13 Pułku Ułanów, wcześniej zmobilizowane, znajdowały się już w polu. Tylko drobna cząstka młodzieży, związana ideologią polskiego ruchu zbrojnego, działała z pełną wiarą w polską gwiazdę i polskie przeznaczenie. Nie wszyscy członkowie organizacji niepodległościowych mogli oczywiście pójść do polskich oddziałów wojskowych. Zaledwie kilkunastu członków Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Złoczowie odważyło się na wyjazd do Krakowa, do Legionów. W tej liczbie mój brat Stanisław, który był zwolniony od służby czynnej. Ja miałem tylko odroczenie, musiałem więc zgłosić się do batalionu zapasowego 80 Pułku Piechoty.  
Tłumy zmobilizowanych cisną się do koszar. Władze starają się opór opanować i zabezpieczyć od demoralizacji i dezercji, jeśli komuś śnią się takie zachcianki. Nie ma żadnego porządku. Wszędzie zapisują, ewidencjonują, tworzą tymczasowe jednostki, zliczają, znowu zmieniają, formują, mundurują, ekwipują i znowu odsyłają do kwater, do kuchni, których ilość jest co raz większa, wszystko odbywa się w nieładzie, chaosie, pod coraz to inną komendą. Nikt nie panuje nad masami. Dowodzi komendant baonu zapasowego płk Bastgen. Ma pod sobą sporo oficerów zawodowych i rezerwowych, mnóstwo urzędników wojskowych, którzy zupełnie nie dają sobie rady z masami i wypadkami. Płk Bastgen, Polak, nie ma duszy wojskowej. O wiele więcej wigoru ma oficer zawodowy por. Chrzanowski, darzący sympatią Polaków udających się do Legionów. Na każdą prośbę daje kartki do austriackiego feldfebla, Ukraińca Czern’yego, by wydał nowy mundur i części ekwipunku dla wysyłanego szeregowca. Wykorzystując tę protekcję, często nawet tylko nazwisko por. Chrzanowskiego, potrafiliśmy dobrze wyposażyć prawdziwych ochotników legionowych. Wyjechali ze Złoczowa do Legionów: Marian Węgrzynowski, Stanisław Błoński, Jan Winiarski, Stanisław Heller, Antoni Zarzycki, Adam Popowicz, Bronisław Blumski, Adam Zarzycki, Adam Nebelski. Inni znaleźli się później w Legionie Wschodnim: Słoniowski, młodzi Węgrzynowscy, Zygmuny BlumskiRóżniecki, Majewski, Czechowicz, Myśków i inni. Tak relacjonuje ten okres Józef Błoński w Pamietniku 1891 - 1939 

Wojna zakończyła się, ale nie dla Wschodniej Galicji       
Już 19 października 1918 ukraińskie Zgromadzenie Konstytucyjne we Lwowie ogłosiło powstanie niezależnego państwa ukraińskiego „na zwarty etnograficznie obszarze ukraińskim to jest przede wszystkim Galicji Wschodniej” - 1 listopada 1918 rZ pomocą upadającej cesarskiej Austrii Ukraińcy dokonali przewrotu wojskowego na terenach Wschodniej Galicji (Małopolsce Wschodniej) korzystając z pomocy władz wojskowych demobilizującej się armii austriackiej.  Ogłoszono utworzenie Zachodnio Ukraińskiej Republiki Ludowej. Nastąpiły aresztowania Polaków. Szczególny przebieg miały wydarzenia w Złoczowie. 
        
Lata 1918 - 1919 zapisały się tragicznie w dziejach Złoczowa.  Z 31 października na 1 listopada Ukraińcy, przy pomocy stacjonującego w koszarach wojska, opanowali miasto. Nowe porządki rozpoczęli od zrzucenia z cokołu za pomocą liny pomnik Adama Mickiewicza* i zawleczono go na miejski rynek, co miało symbolizować obalenia polskiego panowania. Trzeciego dnia rozpoczęły się  aresztowania. Aresztowano profesora Gimnazjum im. Króla Jana III Sobieskiego, Włodzimierza Stępnia. Ukrainiec, który przyszedł go aresztować był w mundurze oficera ukraińskiego, był to jego uczeń Bezpalko. Profesora oskarżono o "organizowanie oporu młodzieży przeciwko nowemu ukraińskiemu porządkowi. 
       
 Trzy tygodnie później aresztowano i uwięziono w zamku Sobieskich ponad 100 osób, w tym kilku nauczycieli, księży, właścicieli ziemskich, urzędników, kolejarzy, uczniów, studentów i starostę złoczowskiego. Wszystkim postawiono zarzut "spiskowania przeciwko młodemu państwu ukraińskiemu”, a w prasie miejscowej „Zołocziwskie Słowo” pojawiły się artykuły nawołujące do nienawiści i czystek etnicznych. Uwięzieni  po wpłaceniu wysokich kaucji, byli zwalniani. Jednak 27 marca 1919 r., W zamku Sobieskich Uwięziona nastąpiła kolejna fala aresztowań. tego dnia w zamku Sobieskich uwięziono około 150 osób w różnym wieku i różnych zawodów, oskarżając ich o zamiar "wymordowania inteligencji ukraińskiej” w Złoczowie. Aresztowanych  torturowano. Powołano "doraźny sąd”, jak na froncie. W sumie ogłoszono kilkadziesiąt wyroków śmierci, z których 22 wykonano niemal natychmiast. Sprawcy tego mordu sądowego posiadali dyplomy uniwersyteckie.  
        
23. listopada aresztowano polskich profesorów: BryckiegoCharaka, Dobrzańskiego i Leszczyńskiego, a dyr. Kryczyński został wezwany przez nowego starostę Ukraińca  Bałtarowicza. Gdy 14 grudnia stawił się w biurze starosty Bałtarowicza, ten oświadczył, że przyjmuje go urzędowo, i zapytał, czy obejmie kierownictwo zakładu (gimnazjum). Nie sprzeciwił odmówił pełnienia nadal obowiązków kierownika z zastrzeżeniem: że nie nastąpi zasadnicza zmiana co do języka wykładowego i że internowani profesorowie Polacy odzyskają  wolność, bez których uruchomienie zakładu jest niemożliwe.  Starosta Bałtarowicz w odpowiedzi na to zażądał podpisania deklaracji, a gdy spotkał się z odmowa, polecił swojemu sekretarzowi  Jojce spisać protokół. Następnego dnia dyr. Kryczyński otrzymał pismo urzędowe nakazujące mu oddać zakład i złożyć urzędowanie do rąk prof. Leona  Hnatyszaka - Ukraińca. W zakładzie zabroniono używanie języka polskiego, którego nawet nie wprowadzono jako  nadobowiązkowego, natomiast wprowadzono język hebrajski, a ponieważ profesorowie Żydzi nie znali dostatecznie języka ruskiego, na konferencjach pozwolono im przemawiać po niemiecku. Dyr. Kryczyński urzędował  nadal aż do dnia 21. grudnia 1918 r., w którym ostatecznie przekazano zakład nowemu kierownikowi po spisaniu inwentaryzacji. Otwarcie ukraińskiego gimnazjum przez Hnatyszaka nastąpiło 15 stycznia 1919 r. Z profesorami Polakami z gimnazjum zniknęli też uczniowie Polacy. Odtąd większość młodzieży stanowili Żydzi obojga płci, gdyż zakład zamieniono na koedukacyjny. 
       
31 stycznia ukraińska dyrekcja gimnazjum zwróciła się pismem do Komendy miasta, aby zabroniła uczniom byłego austriackiego gimnazjum dalszego noszenia odznaki „G” na czapkach, jak też na kołnierzu stopień wskazujący klasę, do której uczeń należał. Inspiratorem wszystkich kroków Hnatyszaka był katecheta gr. kat. Ks. Mikołaj Chmielowskij; Żydzi wspierali Ukraińców. Burmistrzem został ponownie dr Gold. Złoczów zamieszkiwało wówczas ok. 13.000 osób, w tym Żydzówi 70%, Polaków 20%, Ukraińców i Rusinów 10%. 
        
 Rządy ukraińskie w Małopolsce Wschodniej odznaczały się wyjątkowym terrorem i brutalnością w stosunku do 1,5 milionowej ludności polskiej zamieszkującej ten teren. Potwierdza to szereg dokumentów jak broszura Z krwawych dni Złoczowa 1918 - 1919 roku (Złoczów 1921) – opis życia pod okupacją ukraińską w Złoczowie i koszmar więzienia ukraińskiego w starym zamku złoczowskim. Zbrodnie popełnione przez Ukraińców w Złoczowie bardzo zaszkodziły ich sprawie w Zachodniej Europie!  Natomiast Dr Elżbieta Dębicka w swoich wspomnieniach pt. Polskie organizacje w Tarnopolu w 1918/1919 („Niepodległość” t. XVIII, Warszawa 1937), opisując przeżycia własne pod rządami Ukraińców stwierdza, że niszczono pomniki Adama Mickiewicza, bito na ulicy rozmawiających po polsku, w obozach jeńców i szpitalach „chorzy na tyfus ze zdrowymi, robactwo, na cały dzień ćwiartka chleba i burak podlany wodą”;  
        
W drugiej połowie marca 1919 komendantem okręgowym w Tarnopolu został sotnik dr Ciokan, który poprzednio zdobył ponurą sławę w dokonywaniu masowych aresztowań Polaków w Złoczowie, w maltretowaniu ich i skazaniu 16 niewinnych ludzi na śmierć przez rozstrzelanie. W Tarnopolu pomocnikiem jego był  Wowk komendant miasta. Nominacja Ciokana – stwierdza Dębicka, a za nią Władysław Pobóg-Malinowski w Najnowszej historii politycznej Polski (t. 2 Londyn 1956) – istotnie z chwilą jego przybycia rosła szybko ilość Polaków aresztowanych; w trakcie śledztwa „bito, katowano do utraty przytomności” – kilku Polaków skazano na śmierć i rozstrzelano. Terror przeradzał się wielokrotnie w „masowe internowania Polaków w obozach, w niezliczone aresztowania, a nawet gwałty i mordy, popełniane na zupełnie niewinnych ludziach. W Złoczowie m.in.:  
            
WIELOPOLSKA MARIA-JEHANNE - (Joanna) z Colonna–Walewskich, primo voto, secundo Strzemię–Janowska, ur. 16 lutego 1882 w Suchodole na Kijowszczyźnie, zm. w 1940 w ZSRR, bądź w hitlerowskim obozie zagłady – polska pisarka, publicystka i krytyk literacki. Autorka powieści Faunessy i Kryjaki. Przed I wojną światową Wielopolska mieszkała w Złoczowie u krewnego adwokata Rubczyńskiego (brata prof. filozofii UJ, W. Rubczyńskiego, została żoną Jerzego Strzemię-Janowskiego właściciela majątku ziemskiego w Strutynie (6 km. od Złoczowa), późniejszego autora książki o zwierzętach;  „Przez rok pracowała w służbie sanitarnej I Brygady Legionów, później prowadziła szwalnię dla żołnierzy. Została internowana na Węgrzech, po czym wróciła do Strutyna koło Złoczowa, majątku Janowskiego. Janowski był dwukrotnie skazany na karę śmierci przez ukraińskich rebeliantów (1918- 1919). Wiosną 1919 r. Wielopolska została aresztowana i uwięziona przez Ukraińców, celem przeprowadzenia konfrontacji z Ludwikiem Wolskim. Oskarżano ją o wydanie nazwiska autora politycznego paszkwilu (wiersza prześmiewczego) Ludwika Wolskiego, zamordowanego przez Ukraińców w ramach tak zwanych sądów doraźnych. W czasie wojny majątek rodzinny Strzemię-Janowskich w Strutynie został zniszczony”.  Lucyna Marzec: - Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu „Lady Awantura Maria-Jehanne Wielopolska, secundo Strze-mię-Janowska”. 
          
WOLSKI LUDWIK - ur. w 1895 r. w Schodnicy koło Skolego, agronom po szkole w Dublanach, komisarz rolniczy przy starostwie w Zborowie, syn Maryli Wolskiej, brat Beaty Obertyńskiej i Leli Pawlikowskiej zwany Lukiem, po matce miał uzdolnienia literackie. W czasie I wojny światowej przebywał w rodzinnych Perepelnikach Majątek w Perepelnikach 23 km. na wschód od Złoczowa Wolscy odziedziczyli po krewnej Pokutyńskiej-Padlewskiej. Był to typowy polski dwór ziemiański o szczególnym klimacie i uroku, jak opisała go Beata Obertyńska w opowiadaniu „Srare Perepelniki”. Ludwik Wolski w 1919 został aresztowany przez Ukraińców i zamordowany na zamku złoczowskim; /Józef Rajmund Schmidt, emerytowany zastępca prokuratora i były poseł na Sejm Krajowy tak opisał to wydarzenie:  „Z wyjątkowym bestialstwem potraktowano Ludwika Wolskiego. Więziona wtedy również pisarka Maria Jehanne Wielopolska-Janowska zeznała potem przed władzami polskimi: „[...] sprowadzono p. Wolskiego do konfrontacyjnego przesłuchania - tenże przyznał się do autorstwa tego wiersza. Zauważyłam, że p. Wolski był wówczas już bardzo skatowany – zmieniony nie do poznania i opuchnięty. Rozglądnąwszy się po pokoju, w którym to przesłuchanie miało miejsce, zauważyłam, że cały był zbryzgany krwią i zdawało mi się jakby kawałki ciała na ścianie tkwiły, na podłodze leżała szmata cała skrwawiona”/.           W dniu 25 lipca 1920 r. Tarnopol zajęty został przez bolszewicką dywizję kozaków pod dowództwem Primakowa W kilka dni za wojskiem bolszewickim zaczęli się zjeżdżać działacze polityczni, zgrupowani w „czerezwyczajce” i „rew komach”  obierając Tarnopol siedzibą tymczasową rządu bolszewickiego ustanawiając „Galicyjski Komitet Rewolucyjny i ogłosili powstanie „ Koalicyjskiej Sowieckiej Socjalistycznej  Republiki” oraz Centralny Komitet Komunistycznej  Wschodniej Galicji”. Przewodniczącym „Czerezwyczajki był Nowakowski, jego zastępcą i sędzią śledczym Nusswald, a jednym z sędziów osławiony Kumaszewicz, który w Złoczowie za czasów inwazji ukraińskiej przewodniczył rozprawie przeciwko Polakom, zakończonej wyrokami śmierci. /Czesław e. Blicharski – Tarnopol w latach 1809 – 1945 str. 240 – Biskupice1993. 

komentarze: 0 

Powroty na Kresy

2014.12.14 11:47:44

wrzesień 1999 
                                         
2. wrzesień. My znowu ruszamy w dro. Jedziemy do Złoczowa. Tam odbędzie się  konkurs recytatorski poezji Juliusza Słowackiego z okazji „Roku Słowackiego”. Potem do Krzemieńca, na zapowiedziany Zjazd Polskich i Ukraińskich Pisarzy. Od trzech lat działamy w kulturze i mnożą się zaproszenia. Jesteśmy rozpoznawalni. Do Krzemieńca zaprosił nas współorganizator Zjazdu p. Janusza Olbromskiego dyr. Archiwum w Przemyślu. Mamy zaprezentować laureatów konkursu który odbędzie się w Złoczowie. Wystąpi też małżeństwo aktorskie Poźniaków z Krakowa, z programem poetyckim, zespół „Promyki Krakowa” z folklorem, Stanisław Bromboszcz, solo w repertuarze  chopinowskim i Jerzy Bożyk ze standardami jazzowymi, własnymi piosenkami o treści patriotycznej i piosenkami lwowskimi 
        
 3. wrzesień. Rankiem jesteśmy w Złoczowie. Już rozgościliśmy się w hotelu. Mija sporo czasu i nikt nie pojawia się z miejscowych Polaków. Część osób miała być zakwaterowana w mieszkaniach tutejszych rodaków dla podreperowania ich budżetu domowego. Zignorowali, czy nie powiadomiono ich? Zgłosił się  Ukrainiec. Za to witają nas władze Złoczowa, p. Jewgienia Łapsiuk z Obwodowej Administracji Państwowej, p. Tiurdiukierownik Wydziału Kultury, p. Olga, dyr. Ośrodka Kultury „Proświta”, p. Lubyneckidyr. Średniej Szkoły Nr 3 i zaprzyjaźnione osoby ze strony ukraińskiej. My już po raz trzeci gościmy w Złoczowie z polską poezją. Tutejsze  Towarzystwo Kultury Polskiej podobno liczy 60 osób (w rejonie mieszka ok. 130 osób). Towarzystwa te nazywam „kanapowe” bo Zarząd i członkowie zmieszczą się na jednej kanapie. Jak dotąd spotkania z mniejszością polską to kilka osób z Zarządu. Czekamy - nikogo nie ma? 
Czy dalej się kłócą? Wreszcie pokazują się osoby z drugiego garnituru ZarząduWyglądają na wystraszonych, a może zastraszonych?, ale pomagają rozwiesić w mieście plakaty z podobizną Juliusza Słowackiego i programem naszego pobytu w Złoczowie. Dyr. Lubynecki zaprasza do szkoły. Tu dzięki niemu odbędą się przesłuchania konkursowiczów, a jest ich sporo. Konkurs rozpocznie się wbrew  Prezes Zarządu Złoczowskiego Oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej. Okazało się, że wystąpiła z listem do rejonowej władzy z prośba o zabronienie organizowania przez nas imprez kulturalnych w Złoczowie. Ciekawe? List podpisali: prezes Maria Niemirowską,  Danuta Zwarycz, jej matka, Kazimierz Cytyński  i Czesław Janiszewski. Typowe piekiełko, jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno o pieniądze. Przez trzy lata Klub Złoczowski przekazał na cele charytatywne 1500 $ i 110 funtów ang. ze składek członków Klubu, a także kartony leków. Niestety prezes Zarządu TKP nie rozliczyła się z tych pieniędzy, więc wstrzymano jakąkolwiek pomoc.  
         
Władze Złoczowa okazały się rozsądne, bo nie rozpatrzyły wniosku, a list przekazały nam. Hm, niemiła sytuacja…, ale trzeba działać dalej. W sali gimnastycznej już zgromadziła się młodzież uczestnicząca w konkursie: Ola Szakalska (11 lat, Złoczów), Oksana Skorna (11 lat, Pidhorodzie), Halina Skorna (10 lat, Pidhorodzie), Julia Semianow (12 lat Nadwórna), Tania Ostasz (15 lat, Złoczów), Taras Łabunicki (14 lat, Złoczów), Julian Antoniewicz (15 lat, Lwów), oraz młodzież starsza: Oksana Coba (16 lat, Pilchowa Góra), Katia Tichonowa (16 lat, Złoczów), Weronika Piekarowska (16 lat, Lwów, Jana Chanowa (16 lat, Lwów), Natalia Lewicka (18 lat Nadwórna), Irena Markowska (16 lat, Winnica). 
        
Do Złoczowa przyjechali najlepsi recytatorzy, zaprawieni już w zmaganiach konkursowych. Ich możliwości już znamy z poprzednich konkursów  Są też nowi, trochę jakby wystraszeni wymaganiami konkursu, a wymagania są coraz większe. Tu już nie ma zlituj się. Tu trzeba wykaz się dużym kunsztem recytatorskim. Są też dwie panny, które próbują wykazać się poezją śpiewaną przy akompaniamencie gitary. Dwie to zbyt mało, żeby rozdzielić na kategorie, więc startują w grupie młodszych i starszych. Młodzież ze Lwowa, to uczniowie szkoły średnie z polskim językiem wykładowym, więszanse wydają się nierówne. 
         
Zgodnie z regulaminem konkursu pierwsze miejsce w grupie starszych to wyjazd do Krakowa na organizowane przez Centrum Młodzieży im. H. Jordana VIII Seminarium Potrzeb Kulturalnych Dzieci Polskich na Wschodzie. Za stołem już są jurorzy: Barbara Folwarczna – choreograf i aktorka, która reprezentuje „Klub Złoczowski”, Maja Wiśniewska i Tomasz Poźniak, małżeństwo aktorów z Teatru Ludowego w Krakowie, Elżbieta Mach, b. zast. dyrektora. Teatru Ludowego w Nowej HucieIrena Jasicka z Centrum Młodzieży i Janusz Paluch, Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. No i dwie panie ze Lwowa: p. Iwanowa,  uczy języka polskiego w szkole polskiej we Lwowie i p. Teresa Dutkiewicz ze Lwowa. One tez zostały zaproszone do jury. Młodzież startuje dwóch grupach wiekowych. Przesłuchania kończą się i jury musi wybrać laureatów. Wybrano Tatianę ze Złoczowa, która w ubiegłym roku recytowała wiersz Mickiewicza po ukraińsku i wygrała wyjazd do Krakowa, teraz już recytuje po polsku, zapisała się nawet do Niedzielnej Szkoły Polskiej w Złoczowie. Jest dobra. Świetna jest Lewicka z Nadwórnej, ale nieoczekiwanie wygrywa uczennica z polskiej szkoły we Lwowie, która przyjechała z paniami, które zaproszono do jury. Śpiewała wiersz Słowackiego, brzdąkając na gitarze, głosik ot taki sobie. Tomasz Poźniak, przewodniczący jury, tłumaczy że wybrano ją ze względu na zdecydowany upór pań ze Lwowa. Trudno takie są wyroki jury, które działa pod presją. W grupie młodszej pierwsze miejsce przyznano Oli Szakalskiej, drugie Halinie i Oksanie Skornym, trzecie Julii Siemianów. W grupie starszej pierwsze miejsce Janie  Chanowej, drugie Natalii Lewickiej i Tani Ostasz, trzecie Julii Czubek i Katji Tichonowej. Jutro do Krzemieńca pojadą cztery osoby i wezmą udział w „Święcie Ulicy Słowackiego – Tatiana i Ola Szukalska ze Złoczowa, Lewicka z Nadwórnej (wg mnie najlepsza) i ta ze Lwowa. Laureaci jutro mają stawić się w Krzemieńcu. 
        
 Konkurs recytatorski towarzyszy inauguracji roku szkolnego w Niedzielnej Szkole Polskiej w Złoczowie Lokum na potrzeby tej szkoły udzielił dyr. LubyneckiW ubiegłym roku zapisało się 150 osób, przetrwało 70. Do zgromadzonej młodzieżz Niedzielnej Szkoły przemawia ta sama osoba, która wystąpiła do władz o zabronienie organizacji spotkanie w Złoczowie z polską kulturą  Można zwariować… , jakaś paranoja, a my dla młodzieży przywieźliśmy elementarze i wyprawki szkolne (to deklaracja z ubiegłego roku). Nauczycielka, która w Krakowie uczestniczyła w zakupie elementarzy i przyborów szkolnych mówi, że p. prezes ma pretensjebo nie przywiozła pieniędzy, a skoro przywieźli to ma odebrać i będą sprzedawane. Szybka decyzja, prosimy nauczyciel, żeby przekazała dzieciom, że mają przyjść z rodzicami do hotelu po odbiór elementarzy i przyborów szkolnych. Akcję sprawnie przeprowadza nasza Komisja charytatywna. Efekt, nauczycielka dostała ostrzeżenie, że od następnego roku już nie będzie uczyła. 
       
Tego samego dnia po południu postanowiliśmy przeprowadzić rozmowę kierownictwem Towarzystwa Kultury Polskiej, odnośnie dalszej współpracy. Spotkaniu  przewodniczył prof. Antonowicz z „Klubu Złoczowskiego”. Zaproszony przez p. prezes ks. Pankowski, przyszedł, pomodlił się z wszystkimi i wyszedł. Nie ładnie postąpił, bo p. prezes natychmiast przystąpiła do frontalnego ataku na kierownictwo „Klubu Złoczowskiego”, a konkretnie na moja osobę, nie pozwalając prof. Antonowiczowi  prowadzić spotkanie i nie dopuszczając do głosu przeciwnikówPan Cytyński, zwolennik prezes, zarzuc nam, że przywozimy lekarstwa przeterminowane i chcemy ich potruć, a następnie wstał i wyszedł wraz z zwolennikami prezes. Usłyszeliśmy, też, że tutaj Festiwale Kultury Polskiej ludziom nie są potrzebne, oni potrzebują pieniędzy (czytaj a my będziemy dzielić). Sporo ludzi zostało, ale już bez możliwości załatwienia czegokolwiek. Dalsza współpraca z tą ekipą nie jest możliwa, a co do pomocy biednym, to nasza Komisja Charytatywna musimy zmienić formę przekazywania środków pieniężnych. Rozpoznać kto jest naprawdę biedny i potrzebuje pomocy. Tym najbardziej biednym, będziemy przekazywać pieniądze bezpośrednio do ręki za potwierdzeniem. Uf, ale narobiono bigosu. 
         
4. wrzesień. Jedziemy do Krzemieńca przez Podhorce, Brody, Radziłów, Poczajów - kawał drogi. Jesteśmy już w Krzemieńcu. W katolickim kościele p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika (przy dawnej ulicy Szerokiej) jest Msza św. Głównym celebrantemjest ks. Marcjan Trofimiak, biskup diecezji łuckiej. Są już Ministrowie  Kultury Ukrainy i Polski, p. Stupka i p. Kazimierz Ujazdowski, towarzyszące osoby, oraz pisarze ukraińscy i polscy uczestniczący w Zjeździe. W czasie Mszy św. przygrywa zespół „Promyki Krakowa”. Teraz delegacje z Polski i Ukrainy składają kwiaty pod pomnikiem Juliusza Słowackiego, w bocznej nawie kościoła. Pomnik jest dłuta Wacława Szymanowskiego (twórcy pomnika Chopina w warszawskich Łazienkach). Odsłonięty został w r. 1909 w setną rocznicę urodzin Poety. Pomnik wykonany z marmuru i brązu, naturalnej wielkości, Rzeźba przedstawia Słowackiego w pozycji siedzącej. W dole pomnika  wyryty został następujący napis: „JULIUSZ SŁOWACKI ur. w Krzemieńcu 1809 r., zm. w Paryżu 1849 r. „Lecz zaklinam niech żywi nie tracą nadziei” (cytat z Jego wiersza).  Przy pomniku występują nasze laureatki konkursu recytatorskiego. Były duże brawa, dziewczyny zadowolone, ale czeka ich jeszcze występ przed Dworkiem Słowackich i przed dostojnym gremium pisarzy, w Auli Kołłątaja (Liceum Krzemienieckie). Ale teraz przed kościołem „Promyki Krakowa” jeszcze raz zagrały ks. bp. Marcjanowi Trofimiakowi, i odśpiewały sto latbo to jego jakiś  jubileusz. Idziemy do Dworku Słowackich przy ul. Słowackiego. Tu mieszkał dziadek Słowackiego z rodziną. Dom Juliusza Słowackiego był na terenie Liceum Krzemienieckiego i został rozebrany. Dworek jest w złym stanie, co prawda pobielony, ale na ścianach liszaje. Wpuszczają ministrów. Mnie też udało się wejść. W środku nieciekawie, teraz jest tam biblioteka, wnętrze podzielone ściankami działowymi. Całość nadaje się do generalnego remontu. Minister Ujazdowski deklaruje, że przyznane zostaną środki finansowe i w przyszłym roku będzie już po remoncie. Oby tak się stało. Przed dworkiem siedzą panie z bandurami w ręku. To znany zespół ze Lwowa. Spotkanie rozpoczyna się jednak prezentacją laureatek konkursu i koncertem „Promyków Krakowa”. Dobre przyjęcie i duże, długie brawa. Jakaś porządkowa już nie wytrzymała i przegoniła dziewczęta, bo teraz mają grać panie na bandurach. Dziewczęta ustępują miejsca, jeszcze chwile pozostajemy, żeby posłuchać brzmienia bandur. Rzeczywiście panie, to profesjonalistki gry na bandurze. Idziemy do Auli Kołłątaja w Liceum Krzemienieckim, to niedaleko wystarczy przejść przez bramę i zejść w dół ok. 150-200 metrów. Za murem kamień z napisem, że tu urodził się Juliusz Słowacki, po domku ani śladu. 

Aula Kołłątaja wypełniona po brzegi. Są profesorowie uniwersytetu warszawskiego, KULU, Rzeszowskiej WSP, muzealnicy, poeci, dziennikarze, urzędnicy ministerialni, budowniczowie pomnika Juliusza słowackiego w Warszawie. Sesja naukowa nosi tytuł „Geografia Podroży Juliusza Słowackiego”. Tu mają wystąpić - małżeństwo aktorskie Poźniaków z programem poetyckim, laureatki konkursu recytatorskiego, Stanisław Bromboszcz, solo w repertuarze  chopinowskim i zespół „Promyki Krakowa” z polskim folklorem, (piosenki krakowskie i góralskie). Czekamy na zewnątrz,  aż nas poproszą. W międzyczasie oglądamy wystawę poplenerową w korytarzu ciągnącym się wzdłuż Auli. Już nas zapraszają, program realizowany jest wg  ustalonej kolejności. Wreszcie „Promyki Krakowa”. Powiało piosenkami krakowskimi i góralskimi z pod samiutkich Tater. Dziewczęta grają i śpiewają, z niesamowitą werwą i radością. Widać, że się tym graniem i śpiewaniem bawią. Wielkie brawa, a tu powtórka. Z końca Auli biegnie jakaś porządkowa, nie zniosła lackiego śpiewu i przepędziła dziewczęta ze sceny. Nie wytrzymała ciśnienia. Dyrektor Mariusz Olbromski mówi do mnie, tacy oni już są, w końcu są tu gospodarzami.  Nic ująć, nic dodać „tacy oni już są”. Po występach,  prof. Maria Janion z Instytutu Badań Literackich PAN, mówi mi że występy aktorów i młodzieży oraz „Promyków Krakowa”, były bardzo interesujące i podobały się, ale ta co zdobyła pierwsze miejsce to nieporozumienie, piszczy, brzdąka na gitarze, nie słychać jej głosu, strasznie męczyła tego Słowackiego i wskazuje na Lewicką. Ta jest bardzo dobra. Ciepło mi się zrobiło, że trafnie oceniłem możliwości Lewickiej. 
        
Zrobiło się późno, pora na obiad  „nomen omen” w restauracji Bona, dość przyzwoita, jedzenie też. Po obiedzie, późnym popołudniem odwiedziny p. Ireny Sandeckiej Pani Ireny, mieszka w pobliżu Liceum Krzemienieckiego. Idziemy w małej grupie, ulicą wzdłuż  murów Liceum Krzemienieckiego i tuż po prawej stronie jest domek p. Ireny. Stoi  w ogródku, dużo kwiatów, na ławeczce wygrzewający się kot w wrześniowym słońcu. Wita nas tez sympatyczny pies. Wychodzi p. Irena i zaprasza do środka. W środku sień, po prawej stronie kuchnia, po lewej do salonik. Wchodzimy. Salonik jak w starym dworku, na środku duży stół, krzesła. Przy ścianach szafa biblioteczna, serwantka, stara porcelana, jakieś bibeloty, a na ścianach makatki, gobelinki, obrazy. Jest też pianino i dużo kwiatów. Przytulnie, ciepło, wszystko utrzymane w klimacie starego dworku. Gospodyni rozmowna, o Krzemieńcu wie wszystko. Pani Irena urodziła się 1 kwietnia 1912 w Humaniu - polska poetka, nauczycielka, pracownik naukowy Liceum Krzemienieckiego, działaczka społeczna i katolicka, od 1942 mieszka i działa w Krzemieńcu. W czasie II wojny światowej pracowała w Powiatowej Delegaturze Rządu w Krzemieńcu. Zajmowała się m.in. pomocą Polakom atakowanym przez nacjonalistów ukraińskich. Uratowała od zagłady jedną z wsi organizując dla mieszkańców eskortę złożoną z niemieckich żołnierzy. Wywiozła z zagrożonego rzeziami Krzemieńca do Krakowa kilkadziesiąt polskich dzieci uratowanych z pogromów (ich rodzice zginęli w rzezi wołyńskiej). Po wojnie pozostała w Krzemieńcu, została aresztowana przez NKWD, ale wkrótce zwolniona. Do 1969 r. pracowała jako laborantka w służbie zdrowia. Czynnie uczestniczyła w życiu miejscowego Kościoła katolickiego oraz prowadziła tajne nauczanie polskich dzieci. Opracowała w tym celu ręcznie napisany i ilustrowany "Elementarz Krzemieniecki". Dzięki niej w Krzemieńcu przetrwało prężne środowisko polskie. Kończymy miłą rozmowę. Teraz szybko na Górę Bony. Dobrze, że mamy autokar nie najświeższej młodości i mistrza kierownicy, nie ma dla niego złej drogi. Kierowcy innych autokarów, szczególnie tych luksusowych, wolą nie  ryzykować. Droga fatalna, wyżłobione bruzdy po ulewach. 
          
Jesteśmy na górze, widok wspaniały. Krzemieniec jak na dłoni. Stąd dopiero widać w szczegółach piękny architektoniczny kompleks (teraz kilka szkól różnego typu). W przewodniku czytamy: Liceum Krzemienieckie (Liceum Wołyńskie) istniało w latach 1805 – 1831, reaktywowane w latach 1992-1939. Szkołę założył Tadeusz Czacki, przy udziale Hugona KołłątajaSzkoła mieściła się w siedzibie dawnego kolegium jezuickiego w zespole architektonicznym pałacu Wiśniowieckich, która po kasacie zakonu przejęła Komisja Edukacji Narodowej. Pierwotna nazwa szkoły, Gimnazjum Wołyńskie, obowiązywała do roku 1819, potem ranga placówki wzrosła, a jej nazwę zmieniono na Liceum Krzemienieckie. Już jako liceum szkoła mogła nadawać niższe tytuły naukowe 3 lipca 1941 r., dzień po zajęciu Krzemieńca przez Wehrmacht, w mieście doszło do antysemickiego pogromu dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich, w którym zginęło od 300 do 500 Żydów. Pretekstem do pogromu było wymordowanie przez NKWD w więzieniu w Krzemieńcu około 100-150 więźniów (głównie Ukraińców, lecz także Polaków) tuż przed wycofaniem się Sowietów z miasta. 28 lipca 1941 r. na podstawie listy ułożonej przez nacjonalistów ukraińskich, Niemcy aresztowali przedstawicieli inteligencji polskiej z Krzemieńca, głównie nauczycieli Liceum Krzemienieckiego. W dniach 28-30 lipca 1941 r. 30 z tych osób zostało przez Niemców rozstrzelanych pod Górą Krzyżową.1 marca 1942 r. Niemcy utworzyli w Krzemieńcu getto dla ludności żydowskiej. W sierpniu 1942 roku getto zostało „zlikwidowane” przez Sicherheitsdienst, niemiecką żandarmerię i złożony Ukraińców Schutzmannschaft. Żydów w liczbie ok. 8 tys. rozstrzeliwano w rejonie dawnej fabryki tytoniowej i wrzucano do dołów i rowów. W celu wygonienia Żydów z kryjówek getto zostało podpalone. Trwający kilka dni pożar zniszczył zabytkowe centrum miasta. 
W Krzemieńcu mieszka 200 Polaków, w towarzystwie polskim istnieją  dwa zespoły chóralno-taneczne prowadzone przez p. Kamińskiego: „Barwy” i „Barwinki”. Podobno tu w mieście wszędzie stały dworki. W roku 1941-1943 Niemcy pozwolili Ukraińcom  zniszczyć polskie siedliska, ale nie pozwolili im tam zamieszkać natomiast mogli wykorzystać budulec z rozebranych domów. Jeszcze dzisiaj w zdziczałych ogrodach są widoczne fragmenty fundamentów. 
         
5. wrzesień. Złoczów. Msza św. Na organa gra Marysia Smoleń. Młoda dziewczyna spełniająca rolę organisty. Po błogosławieństwie organy zagrzmiały przedwojennym „slowfoxem”  to Jurek Bożyk usiadł za klawiaturą. Wierni przyzwyczajeni do muzyki Bacha wpadli w osłupienie.  
       
 6. wrzesień wycieczka do zamków w Olesku i Podhorcach, i powrót do Złoczowa 
        
7. wrzesień rano. Do Krakowa wracają Maja Wiśniewska, Roma Krzemień z „Promykami Krakowa”, Szymon Krzemień syn Romy – wiolonczelista, Elżbieta Mach i nasi klubowicze, a my w drogę przez Zborów, Zbaraż, SkałatSatanów (tu jeszcze uchował się pomnik Lenin) do Kamieńca Podolskiego. Jutro występ w szkole muzycznej. 
       
 8. wrzesień. Nocowaliśmy w hotelu „Ukraina” pamiętający czasy Rosji Carskiej. Trochę zmodernizowany, to znaczy jest „Dusz”, bańka pięciolitrowa podgrzewana elektrycznie. Pędzę rano, ktoś mnie uprzedził. Nareszcie wchodzę, namydliłem się, szampon wlałem na głowę, a tu klops, wody ciepłej już zabrakło, trzeba czekać aż się nagrzeje. Nie wiadomo jak długo to potrwa. Ryzykuję – spłukuję zimną wodą, jak ze studni. W hotelu jest „barek”, więc idziemy na śniadanie. Pomieszczenie nie duże, pięć stolików – wystarczy, nie wszyscy korzystaj, mają swoje zaprowiantowanie. O jedenastej mamy być w szkole, adres mamy, ale jak tam dojechać, bo szkoła jest na peryferiach miasta. Na szczęście pojawił się Aleksander, tutejszy historyk, pojedzie z nami. Jesteśmy, sala jak na szkołę dość duża z małą sceną. Tutaj wystąpią, Tomasz Poźniak, Bromboszcz i Bożyk. Młodzież w komplecie z uwagą wysłuchuje jak Tomasz recytuje wiersze Słowackiego, mniej ich interesuje muzyka poważna i tu do swojego „Rzęcha” zasiada Bożyk, parę akordów i zaczyna koncert wokalny oparty na standardach amerykańskich, to wyraźnie ożywiło senną młodzież. Koncert zakończony, idziemy na mały poczęstunek. Informuję dyrektora szkoły, że rozmawiałem z dyr. Malinowskim szkoły muzycznej w Nowej Hucie i potwierdził, że są gotowi na przyjazd młodzieży do Krakowa, podałem też adresy kontaktowe. Wszyscy są zadowoleni, więc czas na zwiedzanie Starego Miasta i Fortecy. Oprowadzi  Olek Karbowski. Ci którzy już tu byli powędrowali swoimi ścieżkami. 
       
 9. września. Wyjazd – na huculszczyznęPo drodze Chocim. Tu się coś się zmieniło, tylko nie możemy znaleźć odpowiedzi, co? Ach tak, tak, w początkowych latach niezależności Ukrainy, z okazji kolejnej rocznicy zwycięstwa nad Turkami w 1621 r.,  przy parkingu u wejścia do twierdzy chocimskiej, ustawiono pomnik Konaszewicza- Sahajdacznego – hetmana kozackiego w zbroi z miedzi. Teraz pomalowany złotawą farbą, już nie błyszczy w słońcu… ktoś ukradł zbroję.  Postać Sahajdacznego jest władcza, niestety brak głównego bohatera teatrum wojennego, hetmana Chodkiewicza. Turysta (szczególnie ukraiński) patrząc na samotnie stojącego Sahajdacznego może utwierdzić się w przekonaniu, że to on był jedynym zwycięzcą.  Jedziemy dalej. Już jest godzina 20:00. Jesteśmy niedaleko Worochty, gdzie mamy zamówiony hotel, ale my zatrzymujemy się w drewnianej kolibie w Jaremczy. Na środku pomieszczenia pali się ognisko z rusztem do opiekania szaszłyków na nasz widok huculska kapela podrywa się. My się już znamy już tu byliśmy. Kapela to cymbały, fujara i duży bęben z czynelami Graja folklor ale na nasz widok szybko przechodzą na polski repertuar ludowo-biesiadny Jurek Bożyk podłącza do sieci swój instrument, jak go nazywa Rchem”, dostraja się z akordami wygrywanych przez kapelę melodii, a oni do jego. Jurek zaczyna od swoich standardów. Okazuje ze pochód świętych  oraz podstawową dwunastotaktową frazę mają opanowaną i zaczyna się prawdziwy „jam session z autentycznymi hucułami. Huculi śpiewają z namiGorące szaszłyki na talerzach, do tego czysta. Kapela też dostała po pół litra na głowę. Do  hotelu w  Worochcie dotarliśmy grubo po północy.  
Teraz nocleg, a jutro wyjeżdżamy do Krakowa przez NadwórnąW Nadwornej zatrzymujemy się w szkole gdzie uczy p. Lewicki. Mały recital wokalny Jurka. Tomasz Poźniak czyta wiersze Słowackiego, młodzież popisuje się swoimi możliwościami recytatorskimi i wyjazd granicy przez do Drohobycz, Borysław, Mościska. 
         
Na granicy kończą się żarty i zaczynają się schody. Ukraińscy celnicy wchodzą do autokaru i od razu pyta kto jest kierownikiem. Zgłaszam, że ja. Proszę pokazać bagaż. Przewracają w walizce natrafili na torebkę foliową z herbatą w saszetkach. A to co narkotyki. Powąchaj mówię. Powąchał i odczepił się, ale przyczepił się do „Rzęch Jurka, bo on nie ma odnotowanej odprawy warunkowej. Pamiętam jak na granicy celniczka powiedziała że nie potrzebne jest wpisywanie. Zrobiło się gorąco. Wszyscy śmiali się, że to złośliwości pani prezes Niemirowskiej, kto wie?...