Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2018

Powroty na Kresy – czerwiec 1994

2013.11.13 22:22:02

2 czerwca 1994, rozpoczął się IV Zjazd Światowego Stowarzyszenia Złoczowian. Są goście z USA, Brazylii, Szwecji. Stowarzyszenie liczy już 600. członków.

     Po zjeździe ruszamy do Złoczowa. Parking w Nowej Hucie, godz.19:00 Przybyło ok. 40 osób. Wsiadamy do autobusu. Autobus prawie wypełniony, nikt nie narzeka siedzi tam, gdzie go posadzono.

     Jadą też byli mieszkańcy Huty Pieniackiej, którzy uratowali się z piekła jakie urządzili Ukraińcy z SS Galizien i banderowcy.

    Jedziemy przez Niepołomice na drogę szybkiego ruchu Kraków –Przemyśl. Mając w pamięci kłopoty z dojazdem do Żółkwi w 1990 r., wybieramy przejście w Hrebennem, niedawno oddane dla ruchu samochodowego.

     W Jarosławiu skręcamy na Hrebenne. Droga wiedzie przez duże kompleksy leśne i jest słabo oznakowana. Pogubiliśmy się. Wjechaliśmy w jakieś opłotki i koniec drogi, dalej już tylko droga polna. Wracamy, ale wciąż nie możemy odnaleźć właściwego kierunku. Już jest 2:00 w nocy. Trudno trzeba kogoś pytać, ale kogo jak jest pusto? Żadnych samochodów. Widocznie jesteśmy na jakiejś bocznej drodze. Pukamy do okna pierwszego napotkanego domu. Kobieta przerażona, pyta o co chodzi. Pobłądziliśmy, chcemy jechać na Hrebenne. Wskazała drogę.

     W Hebennem powitał nas piękny świt. Przejście - prowizorka, nie ma samochodów. Szybka odprawa  i jedziemy dalej przez Rawę Ruską do Żółkwi.

     W Żółkwi nic się nie zmieniło. Trzeba jednak pospacerować po kompleksie zabytkowym, bo niektórzy w Żółkwi są po raz pierwszy.

     Mimo wczesnej godziny czynny jest plac targowy. Mleko, sery, nabiał, warzywa i trochę kupujących.

     W rynku jest beczkowóz z kwasem chlebowym. Chce się pić! Trudno się zdecydować, bo szklaneczka przepłukiwana jest w wiaderku. Lepiej nie ryzykować.

     Ruszamy do Lwowa. We Lwowie to już pora obiadowa. Idziemy coś zjeść, a po tym pacer po Rynku i Wałach Hetmańskich.

     „Hutniacy” pojechali do konsulatu z nadzieja, że da się załatwić upamiętnienie ofiary pogromu w Hucie Pieniackiej.

     Wrócili, wicekonsul przyrzekł, że podejmie działania i zainteresuję sprawa centralę.

     W autobusie są już wszyscy, więc ruszamy do Złoczowa. Na rogatkach Lwowa zaskoczenie, jedna z pań zorientowała się, że nie ma jej znajomego. Wracamy z powrotem na Wałową. Dobrze, że był odporny i spokojnie czekał.

     Teraz już naprawdę ruszamy do Złoczowa. Niektórzy jadą po raz pierwszy. Wyczuwa się podniecenie.

     Już jesteśmy w Złoczowie w hotelu „Ukraina”, żadnych zmian.

     Pod wieczór spacer. Kościół otwarty. Nie ma już ks. Cieńskiego. Zmarł w grudniu 1992 r. Proboszczem jest teraz jego wikary ks. Roman.
     Teraz ujawniono, że 30 września 1967 papież Jan XXIII mianował ks. Cieńskiego tajnym biskupem. Podczas pobytu w Gnieźnie został konsekrowany na biskupa przez prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego. Po powrocie do Złoczowa nie używał insygniów biskupich. Potajemnie wyświęcił kilku kapłanów greckokatolickich i dwóch  rzymskokatolickich.
     Kończy się pierwszy dzień pobytu w Złoczowie. Wieczorem ustalamy trasę na dzień jutrzejszy: Jelechowice, Sasów, Podhorce, Ponikwa, Olesko, Białykamień, Złoczów. Wyjazd zaraz po śniadaniu, godzina 10:00.
      Rano pobudka. Szybkie śniadanie. Jedni przyrządzają w pokojach, inni poszli do pobliskiej restauracji. Już wrócili. Trzeba jeszcze poczekać, bo nie wszyscy zdążyli wyjść z hotelu.

      Możemy już jechać. Przed nami Jelechowice, przed wojną miejscowość letniskowa, odległa od Złoczowa 4 km. Kościół wybudowano tuż przed wojną. Teraz zamknięty i zdewastowany. Podobno mają go przejąć tutejsi Polacy. W budowie jest nowa cerkiew prawosławna.

      Stąd niedaleko do Horodyłowa. Z nami jedzie prof. Lech Antonowicz z UMCS w Lublinie. Rodzice mieli tam mały mająteczek. Ojciec był inż. Leśnictwa. W Złoczowie był Komisarzem Ziemskim. Przed wojną przeszedł na emeryturę. Matka była nauczycielką.

      W czasie pogromów ludności polskiej w 1943 r. przez nacjonalistów ukraińskich,. wieczorem odwiedziła ich Ukrainka, dawna pomoc domowa. Przyszła sprawdzić czy są wszyscy w domu. O północy zaatakowani ich Ukraińcy. Ojciec miał pozwolenie na broń, wydane przez Niemców, na wypadek napaści. Pod osłoną nocy udało mu się wyprowadzić rodzinę do lasu, a po tym polami, jarami do Złoczowa.

      Jedziemy dalej. Po prawej stronie szosy droga do wsi Zazule.  Tam przed wojną był letniskowy dom gimnazjum złoczowskiego. Trudny dojazd dla autobusu. Pytamy człowieka jak dojść. Jest niemową, ale wie o co chodzi. Na Zazulach ukraińska policja pod nadzorem gestapo rozstrzeliwała złoczowskich Żydów.
      Pokazuje ręką, że niedaleko. Już widać dom letniskowy, a dalej las i kopce porośnięte wysokimi drzewami.

      Wracamy. Stąd do Sasowa już niedaleko.  Przed wojną Sasów w dziewięćdziesięciu  procentach zamieszkiwali Żydzi. Sasów założył Daniłowicz, następnie dobra przeszły w ręce Sobieskich, Radziwiłłów i Starzeńskich. 
W latach 60. XIX w. wybudowano w Sasowie Zakłady Papiernicze, które zaliczano do największych w Europie. (produkowano tu bibułki cygaretowe). Zakłady zniszczone zostały podczas I wojny światowej i już się nie podniosły z kompletnych ruin.
     Sasów znany był też jako miejsce uzdrowiskowe – hydroterapia.
      Zatrzymujemy się przy kościele p.w. Narodzenia św. Stanisława. Wybudowany został w 1864 r. W 1887 r. zniszczony przez pożar. Ponownie został odbudowany. Po 1939 sowieci zamienili na magazyn.
      Niedaleko jest też cerkiew p.w. św. Mikołaja, zbudowana w 1731 r. i znacznie starsza dzwonnica. Dzwonnica wzorowana jest na starożytnych basztach obronnych na Rusi. To jedna z piękniejszych drewnianych budowli sakralnych na terenie dawnej Małopolski Wschodniej.
      Żydzi też mieli tu synagogę drewnianą. W Sasowie działał cadyk kabalista, rabin-cudotwórca, Mosze Leib.
      Osiem kilometrów na wschód od Sasowa jest miejscowość Kołtów. To dawna majętność Starzeńskich, po tym Baworowskich. Dzięki nim wyposażane były tutejsze obiekty sakralne.
      W Kołtowie urodził się Karol Lipiński, polski skrzypek, koncertował z Paganinim. Karol był synem kapelmistrza orkiestry u Starzeńskich.
      Tuż za Sasowem miejscowość Pobocz. Po pałacyku  tarnowskiego biskupa Stepy (ur. się w Sasowie) nie ma śladu. W czasie okupacji niemieckiej było to miejsce odosobnienia sasowskich Żydów. Tutaj ich mordowano.
      Jedziemy dalej. Przed nami wzniesienie podhoreckie. Przed wojną był tu czynny browar. Jadąc na majówkę do Podhorców, tu popasano konie, a woźnica raczył się piwem. Warzyli tu porter, miał 12% alkoholu. Później na popasie w Podhorcach woźnica przesypiał pół dnia.
      Już pokonaliśmy stromy kręty podjazd i jesteśmy w Podhocach. Zatrzymujemy się przed kościołem zamkowym. Zamknięty na cztery spusty. Z autobusu wyskakuje nasz kolega klubowy, pada na kolana i zaczyna się modlić, a z oczu ciurkiem lecą łzy. Co się dzieje pytam. Ja tu byłem ochrzczony, mówi przez zaciśnięte gardło. Co za przeżycie…
      Idziemy do zamku, a właściwie pałacu. Właścicielami byli Koniecpolscy, Sobiescy, Rzewuscy. Przed wojną należał do Sanguszków. Do pałacu wiedzie aleja, kiedyś obsadzona wysokimi drzewami, strzyżonymi na kształt żywopłotu. Pozostały pojedyncze zaniedbane drzewa.
      Przed nami wjazd i brama zamkowa. Zamek z trzech stron otacza głęboka fosa, umocniona kamieniem ciosanym. Na kamieniach ślady smoły. Dlaczego?
      W 1952 roku sowieci kręcili film o Chmielnickim i zamek spalili. Czy to było zamierzone dla lepszego efektu, czy przypadek? Trudno powiedzieć.
      Zamek został odremontowany.  Wnętrza (olbrzymie sale) zostały podzielono ściankami działowymi na mniejsze, a cały pałac przeznaczono na sanatorium przeciwgruźlicze. Pozwolono nam wejść do środka. Wszędzie wycieńczeni chorzy, a w zamkowej kaplicy dyżurka lekarzy. Przygnębiający widok.
      Przed wojną do Podhorców jeździło się na majówki. Były tam piękne ogrody włoskie i labirynt  z wysokich żywopłotów, gdzie  łatwo można było się pogubić. Była też sadzawka z rybami, do której woda spływa z bijącego wyżej źródła. Śladu po niej nie ma, to już niezagospodarowana młaka.
      Najważniejsze jednak były wnętrza pałacu. Dobrze pamiętam układ sal. Pierwsza, rycerska pełna zbroi, następna niebieska, złota, gdzie stała złocona kareta i namiot turecki spod Wiednia, dalej lustrzana, karmazynowa i sypialnia króla Jana. Stąd wchodziło się na ganeczek z basztą i wyschniętym drzewem orzechowym. Podobno posadzonym przez króla Jana. Sale zamkowe były bogato wyposażone w meble i obrazy. Na ściana wisiały fragmenty namiotów spod Wiednia.
      To tu odbyło się wesele księcia Karola Radziwiłła i tu Rzewuscy podejmowali cesarza Franciszka I.
      W Podhorcach Rzewuscy mieli teatr dwoski, w którym wystawiał własne sztuki Juliana Ursyn Niemcewicza. Sam Wacław  - emir Tadż ul – Fahr Rzewuski, też pisał utwory komediowe. Był powstańcem listopadowym i bohaterem utworów Słowackiego (Duma o Wacławie Rzewuskim) i Mickiewicza (Farys).
      Przed wojną Podhorce były własnością Sanguszków. W Podhorcach urodził się Euzebiusz Słowacki – ojciec Juliusz. Dziadek był zarządcą dóbr Sanguszków. Tyle pamiętam z opowiadań miłego p. Jana z sumiastym wąsem, w stroju szlacheckim, o rysach prawdziwego szlachcica, no i opowiadania o białej damie i nocnych zjazdach szlachty.
      Pałac wraz z wyposażeniem był pod troskliwą opieką konserwatorską Rudolfa  Mękickiego, polskiego medaliera, heraldyka, historyka sztuki i muzeologa, twórcy ekslibrisów, redaktora naczelnego kwartalnika Zapiski Numizmatyczne, prekursora polskiego ekslibrisu numizmatycznego.  Wykładał historię pisma i heraldykę na Wydziale Ogólnym Politechniki Lwowskiej,  a jego żona Julia była kolekcjonerką ekslibrisów i numizmatów, działaczką Towarzystw Numizmatycznych. Ich zainteresowania przejęły dzieci: Stanisław, autor wielu ekslibrisów, córka Krystyna i Juliusz – zajmowali się numizmatyką i kolekcjonerstwem.
      Mękiccy mieli letni domek w Podhorcach, gdzie spędzali wiele czasu z racji pełnionej funkcji przez Rudolfa.
      Dlaczego o tym wspominam?, bo przypomniało mi się wydarzenie z czasu wkroczenia w 1939 r. Armii Czerwonej do Podhorców i barbarzyńskie zachowanie żołnierzy. Darli namioty tureckie na strzępy i czyścili nimi lufy armatnie. Kawałek takiego namiotu tureckiego z pod Wiednia dostałem od Julka. Opisałem, oprawiłem i  wisi u mnie na ścianie.
      Jeszcze przed wojną część wyposażenia pałacu (porcelana, szkło i srebra) przewieziono do majątku Sanguszków w Gumniskach pod Tarnowem,.
      Wspomnienia, wspomnieniami a tu trzeba wracać do autobusu. Przy kościele zamkowym są duże błonia. Na kolumnach, figury świętych. Jakie? Nikt nie może powiedzieć. Trzeba będzie poszukać w przewodnikach.
      Stoję tu, na tych błoniach i  przypomina mi się inne zdarzenie z września 1938 r. Tu miało miejsce zakończenie manewrów wojska polskiego (pułki kresowe). Była piękna defilada i piknik. Jestem z mamą i siostrą (siostra skończyła 18. lat i jest dopiero po maturze, ja mam 10 lat). Podchodzi ułan, przystojniak, porucznik, stuknął obcasami, jak przystało na ułana, skłonił energicznie głowę w stronę mamy, stukną obcasami i pyta, czy może córkę poprosić do tańca. Siostra spłonęła rakiem i popatrzyła na mamę. Mama skinęła głową, że tak. Ułan stuknął obcasami przed siostrą i powiódł ją do tańca. Tak, tak, - tak to kiedyś bywało.
      Myśl błądzi, gdzieś w przeszłości, a to już czas na kontynuowanie podróży.
Sporo czasu zabawiliśmy w Podhorcach, ale też sporo było do obejrzenia i powspominania.
   
      Teraz szybko zjeżdżamy długimi serpentynami do Ponikwy.

      Ponikwa, pałac Bocheńskich i duży staw. Właśnie nie minął miesiąc jak dostałem od o. Bocheńskiego pocztówkę z pałacem i wytargane z książki strony opisujące  młodość spędzaną w Ponikwie. Biedaczysko nie może już pisać, więc poświęcił książkę „wspomnienia” wydaną rok temu. Z tych luźnych kartek wiele dowiedziałem się o tamtym okresie.

      Wjeżdżamy do Ponikwy. Przed nami staw widoczny na pocztówce, a po prawej stronie, gdzie stał pałac pustka, tylko jakieś zabudowania gospodarcze, maszyny rolnicze i to wszystko. Nie wiadomo czy to pozostałość po zabudowaniach dworskich.
      Ja tu byłem tuż przed wojną, widziałem ten pałac, ten staw. Na końcu stawu był las i obozowisko harcerskie. Na obozie tym był mój brat, a ja z mamą przyjechaliśmy go odwiedzić wioząc kilka kartonów ciastek.

      Dzisiaj z nami jest Mietek Hrehorów, kolega brata, który wtedy też był na obozie.
Opowiada jak w nocy zakradli się do namiotu brata, porwali kartony i wszystko spałaszowali.

      Niestety teraz nie ma tu wiele do oglądania, więc jedziemy do Oleska, bo już późna popołudniowa pora.

      Musimy jechać do rozwidlenie dróg i skręcić w lewo. Przed Oleskiem dalej straszy olbrzymi pomnik Budionnego na koniu.

      Przecież w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 jego armia skutecznie została przepędzona. Ta konna armia słynęła z okrucieństwa, mordując ludność cywilną i urządzając pogromy Żydów na wschodnich kresach Polski.

      Już widać Olesko. Jedziemy środkiem miejscowości, po lewej czynna cerkiew i synagoga (tylko mury), po prawej Kościół, a my jedziemy dalej za miasto. Zatrzymujemy się na parkingu przy kościele kapucynów, po prawej góra zamkowa i zamek.

      Zamek dobrze się prezentuje. Wspinamy się drogą do zamku. Udało się, brama otwarta. Za bramą mały dziedziniec zabudowany z trzech stron częścią użytkową i wysokim murem ze strzelnicami.
    
       Wchodzimy do zamku, kupujemy wejściówki i ruszamy z przewodnikiem, który na wstępie podkreśla „to masz zamok na ukraińskiej zemli”  i rozpoczyna się wędrówka po salach zamkowych. Na parterze duża sala z mapami planszami i makietami.

      Właściwe zbiory są w salach na piętrze. Zgromadzono tu meble i obrazy z pałaców, przede wszystkim z pałacu podhoreckiego.  W jednej z sal wzrok przykuwa olbrzymie płótno „Bitwa pod Wiedniem” wypełniające całą ścianę. Na podłodze zwinięty obraz „Bitwa pod Parkanami”. Obrazy przywieziono z kolegiaty w Żółkwi. W następnej sali meble i łoże królewskie. Dalej sala z obiektami sakralnymi, w tym rzeźby dłuta Pinzla.
      To już koniec trzeciego skrzydła. Jest tu pokoik gdzie urodził się Jan Sobieski, późniejszy król. Na dół prowadzą schody z uratowanymi obrazami. Na parterze jest bardzo głęboka studnia zamkowa.
      Już jesteśmy na dziedzińcu, warto wejść na mur zamykający przestrzeń dziedzińca. Trzeba pokonać strome schody, żeby wejść na górę, gdzie są otwory strzelnicze. Cudowny widok na okolicę.
 
      Kończymy zwiedzanie zamku, a na dziedzińcu pojawia się grupa z Polski. To p. Mokry ze studentami ukrainistyki UJ, opowiada o „ziemi ukraińskiej”.

      Czas wracać do Złoczowa. Po drodze jeszcze Białykamień.
     
      Biały Kamień należał do książąt Wiszniowieckich. Pierwszą żoną Jakuba Sobieskiego ojca króla Jana była księżniczka Marianna Wiszniowiecka. Dla jej pamięci Jakub wybudował kościół farny w Złoczowie. Po trzech latach ożenił się z Teofila Daniłowiczówną.

      Parafię w Białymkamieniu założył i uposażył 1613 r. Grzegorz Korybut Wiśniowiecki, kasztelan kijowski i jego żona Teodore de Szpanów Czaplicka. W 1940 fundację powiększyli, Jeremiasz Wiśniowiecki i Gryzelda z Zamojskich. Kościół obecny wybudowano w 1766 r. Po zamku tylko ślady murów.
      W 1649 Jeremiasz podejmował w zamku króla Jana Kazimierza, który ciągnął pod Zbaraż z 20.000 armia przeciw Chmielnickiemu.
      W 1667 stał tu obozem Jan Sobieski, marszałek i hetman zbierając wojsko przeciw najazdom turecko – kozackim.

      W Białymkamieniu jeszcze w1849 była fabryka cukru buraczanego, czekolady i cykorii.
      Nie wiele tu pozostało do oglądania, niewiele też było przed wojną.
    
      Wracamy do Złoczowa.

       Nasi „Hutniacy” dzisiaj rano załatwili terenowy samochód i pojechali do Huty Pieniackiej. Tam się urodzili i tam przeżyli piekło.  Jechali krótszą drogą przez Sasów, Kołtów, Werchobuż.

komentarze: 7 

Powroty na Kresy – czerwiec 1994- ciąg dalszy

2013.11.13 22:21:12

Na jutro w Złoczowie mamy zaplanowane spotkanie z tamtejszą społecznością polską.  Przed południem spotykamy się w byłym gimnazjum. Zebrała się nieliczna grupa członków tutejszego Polskiego Towarzystwa Ziemi Lwowskiej – to oddział towarzystwa lwowskiego.
          Przekazujemy proboszczowi 100 USD na remont dachu kościoła i 100 USD Towarzystwu. Przekazujemy też kartony z lekarstwami. Czy dobrze te dary będą spożytkowane? – to się okaże.

          Jest południe. Spotkanie się skończyło. Jedziemy do Pieniak przez Jelechowice, Sasów, Podhorce. Mijamy drogę do Ponikwę i zbliżamy się do Jasionowa. Stąd już blisko do Brodów. Teraz skręcamy na drogę prowadząca do Podkamienia i Pieniak. Już widać klasztor w Podkamieniu. Stoi na wzniesieniu. Jedziemy dalej. Wstąpimy w drodze powrotnej.

          Dzisiaj z nami też jadą nasi „Hutniacy”. Wjeżdżamy do Pieniak, dawnej posiadłości Dzieduszyckich. Została tylko brama wjazdowa i zabudowana gospodarcze.

          Zatrzymują nas jacyś podpici faceci. Jeden z nich w pięknej wyszywanej koszuli i odświętnym garniturze. Nazwałem go Wasyl wyszywany. Pyta gdzie jedziemy. Mówimy, że jest z nami człowiek z byłej Huty Pieniackiej. Tutaj w Pieniakach ma bratową. A jak się nazywa? Już wiem wskażę wam. Jest przyjaźnie nastawiony.

          Mówi, że właśnie mieli spotkanie z p. Mokrym i młodymi Ukraińcami, studentami ukrainistyki z Krakowa. Musiała być dobra libacją na pożegnanie.

          Jego przyjaciel jest bardziej agresywny, bo pyta, a po co tu przyjeżdżacie?. Wyszywany Wasyl wyraźnie go strofuje.

          Jesteśmy przed jakimś domem. Wyszywany Wasyl mówi tu ona mieszka. Co za spotkanie?, po tylu latach.
       W pobliskim domu wczoraj było przyjęcie weselne. Wyszywany Wasyl przyniósł gorzałę i wiejską kiełbasę i na dodatek ciasto. Miło się zrobiło.

          Pytamy czy można dojechać do Huty Pieniackiej, niestety autobusem nie, bo od Żarkowa do Huty Pieniackiej droga jest nieprzejezdna, błotnista.

          Skrzykną jakiegoś młodego z motocyklem z przyczepą. Sowiecki motocykl „Iż”.
          Ktoś pojechał, a my biesiadujemy. Okazało się, że Wasyl Wyszywany to wójt gminy, ważna osoba.
          Czekamy na tych co pojechali do Huty Pieniackiej.
          Ktoś pyta o księdza Wieczorka, zamordowanego przez Ukraińców. Wyszywany Wasyl mówi, my dbamy o jego grób. Zaraz wam pokarzę. Rzeczywiście jest zadbany.

          Ja odłączyłem się od grupy i wracam drogą z tym agresywnym człowiekiem, a tu przyczepił się jakiś zapity młody człowiek i pyta kim jestem. To Polak. A po co on przyjechał? „tu je nasza derżawa”. Odszedłem na bok. Mój towarzysz przeprasza za zachowanie się tego zapitego gbura.

          Przechodzimy obok kompletnie zniszczonego kościoła w Pieniakach.  Zaglądam do środka. Wszystko zniszczone. Na zewnątrz też. Krzyż na kopule zupełnie zgięty.
          Pytam kto to przejmie? Będzie cerkiew, czy kościół? Nie wiem, odpowiada i tu zaskoczenie, facet rozgląda się wokoło, czy kogoś niema w pobliżu, przykłada palec do palca i mówi ja jestem pół Polakiem i pół Ukraińcem.
          Na temat pogromu w Hucie Pieniackiej nie chce się wypowiadać. Mówi tylko, że tam też z jego rodziny ktoś zginął.
          Tą agresywność zapewne demonstrował przed wójtem, żeby nie zarzucili mu inność. Co za absurdy historii? Mają już swoje wymarzone państwo. Czy ci nacjonaliści nadal uważają, że nic się nie wydarzyło. Brną w zakłamaniu pod naporem nachalnej propagandy? Niepokojące to zjawisko, żadnej refleksji, żadnej pokory.
          Jedziemy do Podkamienia. Pytamy o dojazd do klasztoru. Starszy człowiek  mówi, że pokarze. Wsiada. Mówi po ukraińsku, że w Polsce ma siostrę. Do klasztoru jest ostry podjazd, po obu stronach porośnięty drzewami i krzakami. Kierowca decyduje, jedziemy! Słychać jak gałęzie omiatają karoserię. Udało się. Brama zamknięta. Dozorca nie wpuszcza. Idziemy na zbocze wzgórza skąd widać głaz narzutowy. Olbrzymi głaz na małym wzniesieniu.

          Wracamy do bramy, może łaskawiec skruszeje i wpuścił nas na teren klasztoru. Mówię: chcemy zobaczyć kościół, widoczny jest z dołu.
          Udało się. Tylko idźcie szybko, żeby was nikt nie widział. Ba, jak to możliwe na dziedzińcu przyklasztornym pełno kobiet. To zakład psychiatryczny dla kobiet. Widok przerażający. Snujące się cienie po dziedzińcu. Nie zważając na nas, udają, że coś szyją, coś mamroczą, pokrzykują do siebie, niektóre z zaciekawieniem spoglądają na nas, jak wyrzut sumienia. Sukienki obdarte, brudne, niesamowity widok.
          Szybko ruszamy w kierunku kościoła. Wnętrze zrujnowane. Gdzieniegdzie widać ślady polichromii. Wychodzimy i szybko przemierzamy dziedziniec, byle jak najdalej od tego miejsca poniżenia godności ludzkiej. Jeszcze rzut oka w kierunku Ławry Poczajowskiej. Bardzo dobrze jest widoczna, mimo dużej odległości.
          Przypominają mi się wspomnienia o. Bocheńskiego, który jako zakonnik  przebywał tu i napisał, że przez Zbrucz przebiega linia podziału na część europejską i azjatycką (coś w tym jest patrząc na te nieszczęsne kobiety). O. Bocheński wspomina ihumenów z Ławry Poczajowskiej, którzy jak popili za dużo wina, to wieczorami darli się tymi swoimi barytonami, aż było słyszane w Podkamiemiu.

          Wracamy do Złoczowa pod wrażeniem niedoli tych biednych kobiet. Czy tak funkcjonują szpitale psychiatryczne w świecie?
          Tak zakończył się czwarty dzień naszych wędrówek po Ziemi Złoczowskiej.

          Jutro wyjazd do Pomorzan, Brzeżan i powrót do Krakowa.

          Nazajutrz, po śniadaniu wszyscy już są w autobusie, oprócz Zosi Pogudz. Ona jeszcze cos rozlicza w hotelu. Żeby było ciekawiej, przychodzi Zosia, nasz sekretarz klubowy, i mówi, że do uregulowania jest jeszcze drobna dopłata. Bez sprzeciw wszyscy się zrzucają, ale 4. osoby (wcale nie biedne), mówią, że nie zapłacą, bo nie było ciepłej wody i hotel byle jaki. Poszedłem z Zosią do recepcji i dorzuciłem, żeby nie pozostawić złego wrażenia.

            W końcu jedziemy. Pomorzany. Część osób jeszcze tu nie była, wiec trzeba się zatrzymać chociaż na chwilę. Kilka objaśnień i już jedziemy dalej.

            Brzeżany też szybko zwiedziliśmy, łącznie z Rajem, a to już późne popołudnie. Jedziemy na skróty przez Bóbrkę na obwodnicę lwowską. Przed nami pozostała tylko granica i powrót do Krakowa.

            Na granicy meldujemy się pod wieczór, ale trzeba odstać swoje. Dobrze, że niedługo. Już jesteśmy po stronie polskiej. Kierowca, jak konie do stajni, wciąż naciska pedał gazu i fruu…, już Kraków wita nas świtem.

komentarze: 2 

Powroty na Kresy – listopad 1990

2013.10.28 20:58:27

20 listopada 1990 r. godz. 20, na parkingu w Nowej Hucie pojawiają się pierwsi uczestnicy trzeciej w tym roku wyprawy na Kresy Południowo - Wschodnie.
       Trasa wiedzie przez: Jaworów, Żółkiew, Lwów, Przemyślany, Brzeżany, Dunajów i przez Bóbrkę powrót do Polski. Większość uczestników  wyprawy związana jest z tymi miejscowościami więzami rodzinnymi.
      Nie jest to typowy wieczór listopadowy. Jest wyjątkowo ciepło i przyjemnie. Przyjeżdża autokar.  Wsiadamy. Nerwowa atmosfera opada, po zajęciu miejsc i umieszczeniu bagażu. Zalega cisza. Są zadowoleni, że udało się wygodnie usadowić.  Nic w tym dziwnego, autokar jest obszerny, a nas jest 14 osób.
      Teraz ja jestem organizatorem, pilotem, przewodnikiem i „kulturalno – oświatowym”  w jednej osobie. Po sprawdzeniu listy uczestników wyprawy i sprawdzeniu, czy mają ważne paszporty, ruszamy w drogę. Jedziemy na przejście w Medyce.
      Przed nami cała noc. W autokarze senna cisza, przerywana od czasu do czasu cichymi rozmowami, niektórych gawędziarzy.
      W Przemyślu witają nas pierwsze promyki wschodzącego słońca. W jego poświacie Przemyśl wygląda bajecznie. W autokarze poruszenie, bo stąd do granicy już niedaleko.
      Na granicy jesteśmy sami. Szybka odprawa po stronie polskiej. Po stronie sowieckiej  autokar na kanał, a my idziemy do budynku do odprawy osobistej. Tu na szczęście, załatwiono nas dość szybko. Jest godz. 8:00, my już w autokarze i „hajda” do przodu. Kierunek Jaworów – Żółkiew – Lwów.
      Po nocnych trudach samopoczucie drużyny nadspodziewanie dobre, nawet zaczynają podśpiewywać. Pogoda świetna, ciepło, to nastraja optymistycznie.
     Gdzieś za Mościskami  skręcamy na Jaworów. Sam Jaworów wita nas senną małomiasteczkową atmosferą,  zaniedbanego zaścianka. Ryneczek brudny, bez wyrazistego stylu. Zaniedbane domy i piętrowe kamieniczki   i duży „Uniwermag”. Wszędzie stoją te „Uniwermagi”. Normalnych małych sklepów nie ma.
      Jaworów to niegdyś siedziba Jana Sobieskiego, starosty jaworowskiego. Był  tu dworek ( XVII w.) i piękne ogrody, niestety zburzony po powstaniu styczniowym 1863 - 64. Teren zajmuje jakaś jednostka wojskowa.
     W miasteczku jest odnowiona cerkiew, użytkowana przez prawosławnych. Przy cerkwi, drewniana dzwonnica, podobno z XVII wieku. Jest też kościół z początku XVII wieku, teraz w odbudowie. Duszpasterzem jest ks. Bazylii Pawełko, któremu  mamy przekazać wiadomość w sprawie wyposażenia kościoła. Niestety księdza nie ma, za to są jakieś kobiety, które pokazują wnętrze niezagospodarowanego kościoła. Zostawiamy list sporządzoną na miejscu przez p. Martę Walczewską.
     Przed wojną tutaj było dużo Żydów. W bocznej uliczce jest stara bożnica, zupełna ruina.  
    Co ciekawe, obejrzeliśmy i obfotografowali.
    Warto wspomnieć, że w Jaworowie 11 czerwca  1675 roku został zawarty tajny układ sojuszniczy między Polską i Francją; Francja miała pośredniczyć w odzyskaniu przez RP ziem zagarniętych przez Turcję i wspólnie z Polską i Szwecją, uderzyć na elektora brandenburskiego, żeby opanować Prusy Książęce. Plan nie został zrealizowany wobec opozycji możnowładców, inspirowanej przez dyplomację austriacką i brandenburską.
    Chcemy jechać na Żółkiew, ale tutejsi mówią, że droga jest bardzo zła, autokar nie przejedzie, lepiej jechać na Rawę Ruską, dalej, ale pewniej. Jedziemy. Przejeżdżamy przez Niemirów. Mała wieś. Przy drodze zrujnowany kościół. Zatrzymujemy się na chwilę. Zaglądamy przez zniszczone drzwi do środka. Z pobliskiego domu wybiega człowiek  w średnim wieku,  wyraźniej poirytowany naszą obecnością i krzyczy,  “szczo wy szpiony ?”. Dlaczego „szpiony”? Nic tu po nas, trzeba jechać dalej.
    Następna miejscowość przed Rawą Ruską to Politycz. Wydaje się trochę większa. Jest tu kościółek w odbudowie, też administrowany przez ks. Bazylego Pawełka, tego z Jaworowa. Jest też odbudowana  ładna cerkiew.
    Rawę Ruską oglądamy z autokaru, bo to już późna pora popołudniowa, a my spieszymy się do Żółkwi, a po tym już nocleg we Lwowie.
    Tuż przed Żółwią Kulików, tak, tak, to ten Kulików znany ze słynnego chleba Kulikowskiego. To znak, że już zbliżamy się do Żółkwi.
    Żółkiew od podstaw zbudowali Żółkiewscy herbu Lubicz. W 1594 roku Stanisław Żółkiewski rozpoczyna budowę zamku obronnego na skraju wsi Winniki. Prawa miejskie Żółkiew otrzymała od Zygmunta III Wazy w 1603 roku.
    Teraz nazywa się  Nesterow od nazwiska sowieckiego lotnika, który zginął tu w czasie wojny. Starówka Żółkwi olśniewająca. Zamek przylega do Runku. Przy Rynku piękne kamieniczki  z podcieniami,  ratusz z XVII – XX wieku, fragment murów obronnych z XVII wieku, kościół katedralny (kolegiata) z XVII wieku z wieżą – dzwonnicą, zespół Bazyliańskiego Monasteru z XVII – XVIII wieku., brama zwierzyniecka ( przy zamku w XVII w. założono zwierzyniec). W bocznych ulicach:  renesansowa synagoga z 1692-1700 roku i Kościół Dominikanów.
    Wszystko to, to jeden wielki kompleks zabytkowy. Niestety ogrom zniszczeń widoczny jest na każdym kroku. Nie szybko te obiekty zostaną przywrócone do dawnej świetności.
    Pobyt w Żółkwi przedłużył się do późnych godzin wieczornych. Trudno pozbierać koleżanki i kolegów, bo już nawiązali kontakty z Polakami.
    Jedna z pań żółkiewianek, słysząc, że nasza grupa rozmawia po polsku, przystanęła i pyta “a skąd państwo jesteście?” - z Krakowa - odpowiadamy!
    Była to starsza pani, już sporo po siedemdziesiątce, subtelna i nie tuzinkowa, ubrana według mody lat trzydziestych. Na głowie mały kapelusik typu “rondelek” przybrany woalką, jak gdyby zatrzymała się w tamtym czasie. Tuż przed wojną wyszła za mąż za oficera polskiego, który poległ w 1939 roku pod Warszawą.
    Jak uczuciowo głęboki musiał być ten związek, skoro nie wyszła ponownie za mąż, i w torebce przy sobie trzyma ślubne zdjęcia.  Na zdjęciu widać piękną kobietę i oficera. Piękna para. Łzy w oczach naszych koleżanek  szybko znalazły ujście. Pożegnaniom nie było końca, a tu trzeba szybko jechać do Lwowa. Mamy zamówioną kolację.
    Do Lwowa wjeżdżamy przedmieściem żółkiewskim. Jedziemy na dawną ulicę 29 Listopada. Tam w hotelu „Inturistu” , “Orbis” zapewnił noclegi i wyżywienie, Takie było potwierdzenie w umowie, którą mieliśmy ze sobą. Jest już po 20:00, a recepcjonistki już nie ma. W “Sojuzie”, wszystko jest możliwe. Kolacji i noclegu w tym hotelu też nie ma. Skierowano nas do hotelu Związków Zawodowych – dawna ulica Sakramentek.
    Nikt nie wie jak tam dojechać. Basia Świderska, rodowita lwowianka, twierdzi, że zna dokładnie Lwów i może pilotować. Ubaw był, bo jeździliśmy po Lwowie, jakbyśmy chcieli go zwiedzać nocą. To już 22:00. Basia zapomniała o jednym, że wyjeżdżając ze Lwowa miała 5. lat i tylko z opowiadań pamięta, że mieszkali na ul. Kurkowej, a to było blisko ul. Sakramentek.
    W końcu, przy pomocy dobrych ludzi, hotel znaleźliśmy. W hotelu nikt o nas nie wiedział, ale po paru rozmowach telefonicznych, pomiędzy administracjami hoteli, zostaliśmy tutaj na nocleg. O kolacji nie było już mowy. Wszyscy otrzymali przydział do pokoi i nawet  nie zwrócili uwagi, że pokoje są 4 osobowe (miały być jedno i dwuosobowe), tak byli zmęczeni, że było im wszystko jedno, byle szybko wskoczyć do łóżku.
   Rano wstali w dobrych nastrojach. Kiedy podano śniadanie, odzyskali poprzednie znakomite humory.
    To już 22 listopada. Cała grupa udaje się do katedry na mszę świętą. Katedra wypełniona. Po mszy św. jedziemy na Cmentarz Orląt Lwowskich, by złożyć kwiaty (w nocy z 22 na 23 listopada 1918 r. zakończył się pierwszy etap konfliktu zbrojnego.  Oddziały Armii Halickiej wycofały się ze Lwowa, rozpoczynając  jego oblężenie. W skutek ofensywy Wojska Polskiego, wojska ukraińskie zakończyły oblężenie Lwowa w dniu 2 maja 1919).
    Świeże kwiaty „ktoś” wyrzucił na śmietnik. Nasze panie zebrały je i ułożyły tam gdzie powinny być.
    Popołudnie było czasem wolnym, toteż wykorzystano go na szukanie własnych wspomnień z dzieciństwa. Część osób wybrała się zobaczy gmach teatru, jego wnętrze i pospacerować po Wałach Hetmańskich.
    Ci, którzy pozostali w hotelu, nieoczekiwanie otrzymali zaproszenie od przedstawiciela Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej na wieczornicę do Polskiej Szkoły św. Magdaleny. O umówionej godzinie przyszedł po nas p. Adam  Kokudyński.
    W szkole atmosfera serdeczna i miła. Wprowadzono nas do sali, gdzie miał się rozpocząć wieczór poetycko-muzyczny i czekano na nas.. Spektakl był bardzo dobrze przygotowany przez młodzież, w ciekawej scenerii, nawiązującej do kolejnych walk i powstań niepodległościowych. Recytowano wiersze i śpiewano pieśni patriotyczne. Były też teksty i wiersze napisane przez młodzież szkolną. W sumie wieczór był bardzo wzniosły i udany. Nie wiem, czy w naszych liceach są organizowane takie patriotyczne wieczory rocznicowe.
    Po spektaklu zostaliśmy zaproszeni przez p. Adama Kokudyńskiego do jego mieszkania. Pan Adam jest tutejszym lekarzem, a żona nauczycielką języka francuskiego. Jest to dom prawdziwie polski. Nic dziwnego, pani domu pochodzi z przedwojennej rodziny lekarskiej. Mieszkanie i jego wyposażenie w starym stylu. Wiele obrazów, bibelotów i przeróżnych przedmiotów  z lat międzywojennych. To wszystko tworzy niepowtarzalną atmosferę mieszkania. Oczywiście “czym chata bogata”, jak to u Polaków – gospodarze szybko przygotowali kolację. Dla stworzenia dobrego nastroju gospodarz uruchomił gramofon, z którego popłynęły dawne lwowskie piosenki i sztajerki. Atmosferę podgrzało domowe wino. Była też kiełbasa z rożna. Rozmowom i śpiewom nie było końca, gdyby nie to, że było już późno i trzeba było wracać do hotelu. Gospodarz powiedział, że nas odprowadzi, żebyśmy czasem nie pobłądzili. Teraz jest noc, będzie bezpieczniej – zawyrokował. Wyruszyliśmy więc na ulice Lwowa na fali lwowskiej piosenki. Najgłośniej śpiewał nasz gospodarz. Świetnie ubawieni wróciliśmy do hotelu o godzinie drugiej po północy, mimo że hotel był  niedaleko. W hotelu na nas czekały przerażone  koleżanki. Pytają co się stało. Po wyjaśnieniach bardzo zazdrościły, że nie byly z nami. Najbardziej zawiedziona była Basia Świderska.
   Następny dzień we Lwowie to pojedyncze lub grupowe wędrówki po mieście. Ja kręcę się po Rynku i patrzę  na te wiekowe kamienice i myślę, że one mogłyby opowiedzieć wiele o tym jak było w przeszłości, o niepowtarzalnej lwowskiej atmosferze.
   Chodzę ja se przez ten Lwów, a na myśl cisną się słowa piosenki:  “a gdybym si kiedyś urodzić miał znów, to tylku u Lwowi”, albo “ Ten drogi Lwów – to miasto snów” - to nie tylko poetycka metafora, to coś więcej. W tych słowach skupia się jak w soczewce przywiązanie do tego miasta, do konkretnego miejsca, ulic, kamienic. Tutaj odnajdujemy przecież swoje korzenie. Tutaj mieszkali moi dziadkowie. Mój ojciec urodził się na Zamarstynowie. Przez krótki czas we Lwowie mieszkali moi rodzice. Chodząc po Lwowie, po starówce, ciągle mam jakieś skojarzenia. O tu, tu chodził do szkoły ojciec, tu prawdopodobnie pracował… Patrzę na gmachy, kamienice – one wcale nie są nieme. Można je rozumieć. One przemawiają do nas poprzez patynę wieków, rozmawiają z nami, uczą nas przeszłości, tej dawnej i tej najnowszej. Czy jest to lekcja stracona? Nie! Jesteśmy bogatsi o nowe przeżycia.  To dotyczy również wszystkich miejscowości kresowych, które dotychczas odwiedzaliśmy, z  nimi łączą nas związki rodzinne, uczuciowe, historia, tradycja, kultura…
   O zabytkach Lwowa nie będę pisał, bo po pierwsze są na ogół dobrze znane, a po wtóre nie czas i miejsce tutaj na ich opisy. Na rynku księgarskim są już wznowione dobre przedwojenne przewodniki. Dlatego ograniczę się do kilki refleksji natury ogólniejszej.
    Dzień powszedni lwowskiej ulicy jest szary i smutny. Ludzie zagonieni, na twarzach brak uśmiechu, spoziera z nich smutek i lęk. Kamienice odrapane, ulice brudne. Handel ledwie dyszy. Jak pokaże się jakieś atrakcyjny towar, to zaraz ustawiają się kolejki. Właśnie jest dostawa nowej partii zegarków i zegarów ściennych. Natychmiast pojawiła się kolejka i przepychanki. Chałwę i czekoladę można kupić, ale spod lady za nie wielką łapówkę. W magazynach handlowych same buble.
   Wyjątkiem są Krakidały i plac Halicki. Tu życie tętni pełnym rytmem. Handel prywatny, więc dobre zaopatrzenie. Na placach prym wiodą Gruzini i Ormianie oferując owoce południowe. Jest też dużo mięsa z przy kołchozowych gospodarstw. Taka prywatna produkcja kołchoźników. Kupuję owoce granatu i mandarynki. Do naszej Ani Jamrozik przyczepił się jakiś Gruzin, że nie zapłaciła za owoce. Narobił wrzasku. Chciał za pewno wymusić kilka rubli. Trzeba było dobrze się pilnować, aby nie paść ofiarą podstępu.
   Na Placu Halickim handlują Huculi. Oferują grzyby, orzechy włoskie i laskowe. Są bardzo tanie. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, więc kupujemy w większych ilościach, dla siebie, rodziny i znajomych.
   Na Wałach Hetmańskich trwają nieprzerwanie wiece polityczne. Zbierają się różnego autoramentu politykierzy i  debatują, debatują…o “samoistnej” Ukrainie, kozaczyźnie, strzelcach siczowych  i o UPA. Wszystko w scenerii flag niebiesko -żółtych. Przewodzi im Jurij Szuchewycz ociemniały syn Romana Szuchewycza – prowodnyka UPA (Roman Szuchewycz, główny dowódca UPA ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za zaakceptowanie rzezi wołyńskiej jako taktyki UPA przeciwko Polakom i przeprowadzenie ludobójczej czystki etnicznej w Małopolsce Wschodniej na polskiej ludności cywilnej).
   Oni chyba nigdy nie dorosną do włączenia się w nurt zachodnich struktur europejskich. Muszą przejść okres skrajnego nacjonalizmu, wiele zrozumieć i nauczyć się godnie żyć. Czy to możliwe?
   Zmiany polityczne w “Sojuzie” i Gorbaczowska “glasnost” spowodowały już otwarcie się na świat i powrót do religii. Prawosławni i grekokatolicy walczą między sobą o katedrę unicką p.w. św. Jura. Dochodzi do rękoczynów. W efekcie Katedra jest niedostępna dla turystów. Inne kościoły rzymskokatolickie przejmowane są przez grekokatolików, np. Kościół oo. Bernardynów p.w. św. Andrzeja Apostoła. Dzieje tego największego na Rusi klasztoru bernardyńskiego datują się od roku 1460. Celem konwentu była misja wśród prawosławia ruskiego. Juz po czterech latach ściągnęło to na zakonników atak Rusinów. Drewniany kościół został spalony. W tym klasztorze ostatnie lata życie spędził Jan z Dukli. Kolumna z figurą błogosławionego stała przed kościołem. Figura przedstawiała scenę, w której Jan z Dukli ukazał się Chmielnickiemu podczas oblężenia Lwowa, co skłoniło Chmielnickiego i Tatarów do odstąpienia od planu szturmu Lwowa w 1648 roku. Dzisiaj kolumna pozbawiona jest figury. Na kolumnie ustawiono jakiś detal dekoracyjny.
   Kościół i klasztor datują się z początku XVII wieku, architektami w kolejności byli jak podają przewodniki: Paweł Rzymianin, Ambroży Przychylny i Andrzej Bemer. Całość została ufortyfikowana ze względu na podmiejskie usytuowanie. Wnętrze kościoła zdobiły znakomite freski Benedykta Mazurkiewicza, ucznia bolończyka Guiseppe Carlo Pedrettiego. Mistrza Benedykta wspomagali R.S. Bortnicki, P. J. Sroczyński, J. Woliński. W przedsionku malowidła Stanisława Stroińskiego. W ołtarzu głównym kopia wizerunku Marii z Foligno, malowana przez Zofię Fredrównę, córkę Aleksandra Maksymiliana. Oryginał w Foligno jest działem Pierantonia Marrotrissa.
  Wszystko to było. Przejęcie kościoła przez grekokatolików jest właściwie wyrokiem na dotychczasowy wystrój kościoła. Już znika polichromia, wnętrze przyjmuje wystrój cerkiewny. Nijak ma się to do to porozumień i umów o ochronie dóbr kultury. Jak bardzo ludzkość potrafi być niszczycielska w swej naturze, to tu widać.
   I jeszcze jedna refleksja, tym razem natury historyczno-kulturowej.  Tu we Lwowie od wieków przenikały się różne kultury. Miało to niemal zbawienny wpływ na tworzenie się nowej jakości. Duży odsetek społeczeństwa był od wieków dwu kulturowy, szczególnie na wsi, gdzie ludność była dwujęzyczna. Święta obchodzili dwukrotnie,  według kalendarza gregoriańskiego i juliańskiego. Mimo różnych wpływów kulturowych obszar ten i ludność należała i identyfikowała się z kulturą zachodnią, która wycisnęła piętno na architekturze tutejszej, w tym również na architekturze cerkiewnej.
   Zawirowania i wichry dziejowe, jeśli można użyć takiego sformułowania, spowodowały, że teraz wyczuwa się tu znaczne wpływy wschodnie: w kulturze, w obyczajach, a szczególnie w cywilizacyjnym rozwoju społeczeństwa. Ten obraz pozostaje w dysharmonii z dziedzictwem architektury, jakie rozwinęło się na tych terenach w wiekach poprzednich.
   Pozwoliłem sobie na krótkie dywagacje historyczno - filozoficzne, a juz pora na dalszą podróż sentymentalną.

komentarze: 4 

Powroty na Kresy – listopad 1990 – ciąg dalszy

2013.10.28 20:57:42

Przed nami wyjazd do Przemyślan, Brzeżan, Pomorzan i Dunajowa. Jedziemy przez Łyczaków, Winniki.
     Pierwszy etap, to Przemyślany nad Gniłą Lipą. Osada zamieniona w XVIII wieku na miasteczko, należące kolejno do Sieniawskich, Czartoryskich, Lubomirskich, Potockich. Od dawnych czasów zajmowano się tutaj pszczelarstwem, stad herb – złoty ul z pszczołami. Przemyślany to przed wojną siedziba powiatu.
    Na uwagę zasługuje podominikański barokowy kościół parafialny z 1645 roku z wieżą obok fasady kościoła. Do kościoła przylega dawny klasztor oo. Dominikanów, też w stylu barokowym. Kościół I klasztor zamieniono na warsztaty metalowe.
    Długie rozmowy na portierni z kierownikiem warsztatów doprowadziły do tego, że pozwolono jedynie delegacji dwuosobowej wejść i zajrzeć do wnętrza kościoła pozbawionego wszelkich rzeźb i wyposażenia sakralnego. Kierownik powiedział: oni wam opowiedzą. Więc opowiedzieli krótko: widok przykry, wszędzie bałagan, wnętrze obdarte z wszystkiego, tylko pracownicy przy maszynach.
    W pobliżu kościoła i zabudowań klasztornych zachowała się piękna figura Matki Boskiej z XVII w.
    Przemyślanami byli szczególnie zainteresowani, ci którzy kiedyś mieli tu swoich bliskich. Ja wiedziałem, że mieszkała tu jakaś dalsza moja rodzina. Napotkawszy pierwszych przygodnych ludzi z „głupia frant” pytam, czy nie znali tutejszych Maćkówków. Zaległa długa cisza. Widziałem, jak mężczyzna badawczo na mnie patrzy. To taki nawyk zastraszonego sowieckiego człowieka. Kiedy odchodziłem, zerwał się, podbiegł do starszej kobiety, po czym wrócił i mówi, że ta babcia znała ich. Babcia starowina z kosturkiem mówi: oni mieszkali o tam w dole przy ulicy Zielonej. Mieli własny piętrowy dom. Po wkroczeniu sowietów zostali wysiedleni, do Polski.
     Tu pozwolę sobie na małą dygresję, bo życie czasem sprawia niespodzianki. Otóż pracując  w Hucie w Krakowie, pewnego dnia udałem się na umówioną rozmowę z dowódca 6-tej pomorskiej brygady desantowej w sprawie pomocy wojska na budowie poza Krakowem. Po przybyciu do jednostki oficer dyżurny oznajmił, że dowódca czeka na mnie. Oficer zameldował moje przyjście. Dowódca przerwał naradę sztabową. Oficerowie opuścili gabinet. Ja zaskoczony tak szybkim przyjęciem, przedstawiłem się i krótko wymieniłem potrzeby, na co otrzymałem jeszcze krótszą odpowiedź – dobrze, załatwione. Potem już była rozmowa prywatna. Dowódca pyta: czy pochodzę z Kresów, bo jego matka jest z domu Maćkówka. Pochodzimy z Przemyślan mówi. Jaki ten świat jest mały?
    Po jakimś czasie, kiedy przyszedłem podziękować za pomoc, dowódca mówi – wszystko jest załatwione. Pytam – co załatwione ? No, ten samochód terenowy “Star” na wyprawę naukową w Andy. Nic o tym nie wiem – odpowiadam. Wie pan: niedawno przyszedł student z Akademii Rolniczej z listem w tej sprawie. Spytałem, czy to od pana Maćkówki. Odpowiedział: tak jest! Wydałem więc rozkaz o przydzielenie im samochodu i wydanie dodatkowego zaopatrzenie na wyprawę.
    I tak mimowolnie przysłużyłem się również nauce polskiej.
    Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Jesteśmy już w Brzeżanach. To bardzo interesujące miasto pod względem turystycznym. Miasto zostało założone w 1530 roku przez hetmana Sieniawskiego. Ród Sieniawksich władał miastem przez prawie 200 lat. Później miasto przejęli Lubomirscy, a następnie Potoccy. Herb miasta: jeleń na niebieskim polu, a nad nim unosząca się biała wstęga. Zamek zbudowano w 1554 roku.
   Do Brzeżan wjeżdżamy od strony Narajowa. Droga biegnie stromo w dół.  Po lewej stronie rozciąga się olbrzymi staw, teraz błotnisty teren – dlaczego staw spuszczono ? – nie wiadomo. Po prawej stronie zbocze wzgórza Storożysko. Tutaj przy tej ulicy mieszkał wuj z rodziną, tutaj spędzałem wakacje w 1939 r. mają wtedy 11. lat
   Poniżej widać kościół i klasztor oo. Bernardynów, zbudowany w latach 1630-1683 w stylu baroku, z murem obronnym. Obecnie więzienie.
   Wjeżdżamy do centrum. Kluczymy wąskimi uliczkami i zatrzymujemy się przed ratuszem. Jest to obiekt zbudowany w 1811 roku, jako czworoboczny piętrowy budynek z wieżą zegarową.
    Stąd ruszamy szlakiem historycznych budowli. Świetnym przewodnikiem jest Tadzio Pilikowski, rodem z Brzeżan, który ciekawie i ze swadą opowiada historię dawną i najnowszą z lat ostatniej wojny, ubarwiając ją różnymi ciekawostkami.
    Przy rynku cerkiew Św. Trójcy o dwóch wieżach z kopułą – pochodzi z XVII wieku. Pewne szczegóły świadczą, że była to świątynia w stylu gotyckim. Niestety zamknięta z uwagi na konflikt własnościowy pomiędzy prawosławnymi i unitami, jedni i drudzy to Ukraińcy.
    Powyżej rynku kościół parafialny, zbudowany z końcem XV wieku. Tak jak wszystkie kościoły z tego okresu był ufortyfikowany. Obok dzwonnica z 1630 roku. Wchodzimy do środka. Wnętrze podzielono na dwa poziomy, na dole sala gimnastyczna, na górze pomieszczenia sportowe, szatnia itp. Nieliczni Polacy, tu mieszkający, starają się o przekazanie im kościoła.
    To tu, w tym kościele, moi rodzice brali ślub. Tutaj ochrzczone były moja siostra i Ania Jamrozik z domu Antonowicz, uczestniczki wyprawy. Inni też mają jakieś wspomnienia rodzinne związane z tym miastem, z tymi zabytkami. Tutaj mieszkali ich krewni, tutaj spędzali wakacje.
    Ruszamy wzdłuż ulicy, przy której usadowiły się XVIII wieczne dworki szlacheckie z oryginalnymi gankami z dwoma lub z czterema filarami i daszkiem mansardowym. Tadzio Pilikowski pokazuje swój dom rodzinny.
    Wracamy do kościoła ormiańskiego, przy ulicy Ormiańskiej. Kościół zbudowanego został w 1764 roku. Teraz zupełna ruina,  teren zaniedbany.
    W Brzeżanach żyła liczna gromada Ormian. Pod koniec XVII w. Ormianie mieli tu dwieście domów i kościół drewniany.
    Teraz Tadzio Pilikowski prowadzi nas do zamku opasanego rz. Złotą Lipą. Jego świetność opisał Słowacki w poemacie „Pan Bielecki”. 
    Tu w zamku  gościli:  król August II, Franciszek Rakoczy – wojewoda siedmiogrodzki i wódz powstańców węgierskich, i car Rosji Piotr Wielki.
    Zamek to kompletna  ruina. Tylko mury. Kościół zamkowy, kompletnie zniszczony. Tadzio opowiada, jak sowieci urządzili we wnętrzu rusznikarnię i przestrzeliwali tam broń i że tu w zamku w 1941 r. NKWD mordowało więźniów politycznych.
    Czas już na posiłek. Ustalono godzinną przerwę.  Ja z siostrą pobiegliśmy na Miasteczko (dzielnica Brzeżan) zobaczyć sadybę babci, niestety pusta przestrzeń. Jesteśmy rozczarowani. Pozostał jeszcze dom wujostwa. Ciotkę z rodziną przesiedlono w rejon Kłodzka. Teraz mieszkają tu ludzie przesiedleni z Polski. Kobieta mówi płynnie po polsku.
    Wracamy, bo już mija godzina. Wszyscy są przy autokarze. Jedziemy do pobliskiego Raju do pięknego renesansowego pałacyku myśliwskiego z czterema wieżami, pochodzącego z XVIII w. Zbudowany został na gruzach zniszczonego zameczku obronnego.

    Teraz mieści sie tu przedszkole. Na fontannie duże malowidło, przedstawiające Lenina siedzącego na ławeczce z dziećmi.

    Kiedyś pałacyk otaczał malowniczy park z sadzawką i wodospadami – kaskadami wodnymi. Obok pałacyku przedwojenny budynek administracyjno-gospodarczy. Tutaj dziadek Ani Jamrozik i jej brata Lecha Antonowicza był zarządcą lasów hr. Potockiego – robią zdjęcia. Po nim urzędującym administratorem był Zenon Seredyński. Z końcem lat 30 – tych ponoć Maćkówka. Miał dwie córki, z którymi chodziłem do gimnazjum mówi Tadzio Pililkowski, w domu mam zdjęcia. A to ciekawy nigdy o tym nie słyszałem. Jak wrócimy do krakwa to mi je pokarzesz.

   W planie mamy jeszcze Pomorzany i Dunajów.  Zdecydowaliśmy, że trzeba szybko ruszać w drogę, żeby zdążyć jeszcze przed ciemnościami.

    Do Pomorzan jedziemy przez Chatki, to taka nazwa przedmieścia Brzeżan. Jedziemy wzdłuż stawu i rzeki Złotej Lipy. Droga, jak wszędzie, kiepska, wyboista, miejscami trzeba redukować szybkość do minimum.

    Przed Pomorzanami przypomniał mi się incydent, który wydarzył się właśnie tu na tej drodze, z końcem sierpnia 1939 r.  Wracaliśmy z Brzeżan do Złoczowa wynajętą taksówką, „Tatra” ze składanym dachem. Na szosie jest bnarykada z ustawionych  w poprzek drogi głazów kamiennych. Taksówkarz wietrząc jakiś podstęp szybko wyskoczył z automobilu, (tak wówczas nazywano samochód) i szybko przetoczył kilka kamieni, żeby można było przejechać,  zaciągnął dach i szybko ruszył, a z pobliskiego wzgórza ruszyła horda wyrostków i posypał się grad kamieni. Miałem  11 lat  i daleki byłem od zrozumienia motywów agresji. Byłem bardzo wystraszony. Okazało się, że ta nienawiść do Lachów już wtedy była skutecznie wpajana.

    Po moim wyjeździe z Brzeżan, 19 sierpnia  1939 r. Brzeżany zajęli Sowieci. Wtedy z pobliskiej wsi przyszła grupa młodzieży ukraińskieja i zgarnęła z sadów sześcioro dzieci, w tym mojego kuzyna Tadeusza, starszego ode mnie o dwa lata i zaprowadziła ich do pobliskiego lasu. Widział to sąsiad Ukrainiec i powiedział wujowi. Natychmiast wszczęto poszukiwania niestety z sześciorga dzieci przeżył kuzyn. Strzelali mu w skroń, ale szczęśliwie kula przeszła poniżej. Drugiemu chłopcu kula ugrzęzła w czaszce. Stracili przytomność więc myśleli, że ich zabili. Ci dwaj przeżyli.

    Jesteśmy już w Pomorzanach. Kiedyś było to miasteczko. W 1681 r. przywilej królewski zrównał Pomorzany z miastami królewskimi: Złoczowem i Żółkwią.
    Zatrzymujemy się przy kościele. Zamknięty. To kościół parafialny, zbudowany w 1738 r. Podobno w dawnym drewnianym kościele były liczne malowane freski i portret króla Jana III. Jeden z dzwonów ulany był ze zdobytych pod Chocimiem dział tureckich.
    Przed kościołem są kobiety. Chcą pokazać kościół i pochwalić się, co zrobiono. Posłali po klucze, a my idziemy do pałacu. Zbudowany w XVI wieku przez Sienieńskich w miejscu wcześniejszego zamku z XV wieku, wzniesionego przez ród Świnków. W 1630 r. zamek nabył Jakub Sobieski i odbudował ze zniszczeń – był wielokrotnie niszczony. Odbudowany i umocniony przez króla Jana III w 1662 r. - bywał tu z dworem w latach 1688, 1692, 1695. W XVIII wieku Pruszyńscy przebudowali zamek na pałac, likwidując trzy baszty. Przed wojną zachowane były dwa skrzydła – wschodnie z okrągłą basztą i południowe z galerią. Zamek był dostępny dla zwiedzających. Teraz ruina. W środku zwalone  stropy. Już się chyba nie podniesie.

    Z Pomorzan pochodził pierwszy kasztelan lwowski, Zwany Hryćko Kierdejewicz z Pomorzan (1434 – 1438).

    W Pomorzanach w pałacu podczas okupacji niemieckiej szkoleni byli „banderowcy”.

    Wracamy pod kościół, a kluczy wciąż nie ma. Klucznika poszukują bezskutecznie w całej wsi.
    Idziemy zobaczyć stojący niedaleko Ratusz. Ratusz zbudowano w stylu gotyckim w XIX w., w czasie zaboru austriackiego. Robimy zdjęcia.

    Jeszcze krótka rozmowa z tamtejszą społecznością. Rozmowom z zaciekawieniem przysłuchuje się grupa wyrostków. Jeden z nich patrząc na swoją babcię mówiącą ładnie po polsku z szyderczym uśmiechem mówi: „Ja ne znał szczo moja babka je Polka”.

     Babka go zrugała. Czy to była chęć wyparcia się inności narodowej przed kolegami Ukraińcami?,  czy efekt głębokiej ukrainizacji elementu polskiego?

     Kluczy do kościoła wciąż nie ma, więc ruszamy do Dunajowa.

     Już zaczyna szarzeć, jak dojeżdżamy do Dunajowa. Przy głównej drodze, a jest to chyba jedyna droga we wsi, zbudowana podobno na podkładzie kamiennym, z resztek ruin zamku. Na wzgórku stoi kościół św. Mikołaja z 1585 r. – budowla obronna, ciężka ze strzelnicami. Forma budowli prostokątna z czworoboczną wieżą na froncie. Bardzo zniszczony, ale widać prowadzone są jakieś prace. Ania Jamrozik mówi, że w tym kościele brali ślub jej rodzice, matka była wtedy młodą nauczycielką.

     Już zebrała się spora grupa tutejszych mieszkańców. Mówią, że są Polakami  z rodzin mieszanych, i że to oni będą odbudowywać kościół „rymo-katołycki”.  Mówią po rosyjsku lub ukraińsku. Językiem polskim posługują się bardzo starzy ludzie. Proszą, o pomóc w odbudowie kościoła.

    Pytamy, gdzie są ruiny zamku i płac arcybiskupów lwowskich. Nikt nie może wskazać. Idziemy więc na oślep w pierwszym obranym kierunku, który okazał się właściwy.

    Spotkany po drodze starszy człowiek, przeganiający barany i owce, mówi, że już  bardzo blisko. Człowiek słusznego wzrostu, dobrze prezentujący się fizycznie, jest bardzo rozmowny i politycznie zorientowany. Wyraźnie opowiada się za „samostijną” Ukrainą. Przekonuje, że 50-milionowy naród musi mieć swoją własną „derżawę”, a nie stale komuś podlegać. Była to chyba aluzja do Lachów. Rozumie  i nawet troszkę mówi po polsku. Zna Kraków, Warszawę i inne miasta, ale jak dużo mówił, tak nagle zaniemówił, jak gdyby się połapał, że już za dużo powiedział. Czy miało to znaczyć, że służył w czasie wojny w ukraińskich formacjach wojskowych „SS Galizien”.  Może tak – może nie.

     Z zamku nic nie pozostało. Zbudowany za panowania króla Jagiełły, około 1420, jako zamek obronny. Wsławił  się obroną arcybiskupa lwowskiego Grzegorza z Sanoka w r. 1474 przed Tatarami. Tutaj na dworze Grzegorza z Sanoka przebywał w latach 1470 – 1472 Kallimach (Fillippo Buonaccorsi) włoski humanista i pisarz polityczny, tworzący w języku łacińskim. Od 1472 r. wykładowca Akademii Krakowskiej.

    W pobliżu częściowo zachował się pałac letni arcybiskupów lwowskich. Przebudowany (dobudowano I piętro), użytkowany jest jako lecznica. Park zupełnie zniszczony, pozostała jedynie mała sadzawka.

    Zaczyna robić się ciemno,  musimy wracać do Lwowa, do hotelu, ażeby zdążyć jeszcze na kolację.

    Po kolacji ustalono, że jutro będzie dzień wolny. Każdy pójdzie gdzie chce. Wyjazd wyznaczono na godzinę 15:00.

    Wszyscy ruszyli jeszcze raz do śródmieścia.  Ja wstąpiłem na kawę po ormiańsku na ulicy ormiańskiej.  W Rynku wstąpiłem do apteki. Róg Dominikańskiej i Rynku. Sprzedają tu winko „Wigor”, eliksir młodości. Kupuję dwie buteleczki. Obok sklep z antykami, pełno obrazów i bibelotów. Pod sufitem wisi obraz małego formatu, scena rodzajowa Stachiewicza, cena w dolarach na tutejsze warunki zawrotna, na nasze tanio, ale czy można przewozić? Jestem kierownikiem grupy, czy  wypada przemycać?
    Po drugiej stronie Rynku sklep z wódkami. Alkoholi to tu dużo. Kupuję dwie butelki, doradza mi lwowianin.
    Przy Piłsudskiego,  blisko Hotelu George, galeria lwowskich malarzy. Co za kolorystyka? Wszystko pstrokate. Nic ciekawego.
     Wracam do hotelu.
    Dochodzi 15:00. Już jesteśmy gotowi do wyjazdu.  Niestety pojawił się kłopot. Rela Kogus, dotychczas bardzo zdyscyplinowana, wyszła rano do krewnej mieszkającej we  Lwowie i jeszcze nie wróciła. Zdenerwowanie narasta, atmosfera staje się wybuchowa. Ktoś mówi, że wie, gdzie ta krewna mieszka. Pojedzie taksówką sprawdzić, co się z nią dzieje. Podobno to niedaleko. W chwilę później na horyzoncie pokazuje się nasza niezdyscyplinowana koleżanka. Oberwało się jej,  oj oberwało na tyle ile to było możliwe, ale  nie przekroczyłem granicy przyzwoitości.

    Wyjazd opóźnił się o dwie godziny. Jedziemy. Przed nami noc i przekraczanie granicy. Jesteśmy już w strefie przygranicznej, potwornie brudno. Przekroczenie granicy okazało się nie takie straszne. Niezbyt długo czekaliśmy na wjazd na punkt graniczny. Rutynowe odstawienie autokaru do kontroli, a my stoimy w kolejce po odcisk pieczątki w paszporcie, co zawsze trwa długo z zaglądaniem każdemu w oczy.
     Po przejściu na stronę polską to byłą była formalność, szybka kontrola służby celnej i granicznej i odjazd.
     Po trzydziestu minutach jedziemy już  ulicami Przemyśla. Ulice, domy, zagrody są niezwykle czyste w porównaniu z tym, co widzieliśmy po tamtej stronie.

    Mija noc  i Kraków wita nas poranną poświatą. Jest godzina 5:00. Na twarzach widać zmęczenie, każdy chce jak najszybciej dotrzeć do domu.

    Niektórzy muszą jeszcze odbyć podróż do Gliwic, Opola, Wrocławia…

    Bez wątpienia, przeżyta przez nas przygoda warta była trudów. Była to już trzecia wycieczka na Kresy w tym roku, organizowana przez Klub Złoczowski. Jak poprzednie, tak i ta grupa była nadzwyczaj sympatyczna, dzielna, w miarę zdyscyplinowana (dało się wytrzymać) i wzajemnie sobie życzliwa.

komentarze: 1 

Powroty na Kresy - październik 1990

2013.10.13 11:16:25

Minęły wakacje. Jeszcze nieprzebrzmiały echa majowej wyprawy, a my już gotowi do następnej.  Nie zraziły nas godzinne oczekiwania na granicy, niewygody w hotelach. Zwyciężyła nostalgia.
      
           Tym razem docelowo jedziemy do  Czerniowiec, a po tym wypad do  Chocimia, Okopów św. Trójcy i Kamieńca Podolskiego.          
          Ja przygotowałem się solidnie do tej wyprawy. Przewertowałem dostępne przewodniki, sięgnąłem do kilku wątków z historii i do Sienkiewiczowskich opowieści.i Można powiedzieć, że mam jako takie pojęcie o Kresach Południowo – Wschodnich RP.

           W Czerniowcach mamy zapewniony hotel z jedzeniem. Nazywa się „Bukowina”, podobno klasa europejska i dobre jedzenie.
           Organizatorem wyprawy jest Oddział Krakowskiego „Orbisu”  w Nowej Hucie. Znajomy dyrektor chcąc nam dogodzić (nawet chciał z nami jechać), załatwił luksusowy autokar 25. osobowy, z zakopiańskiego oddziału „Orbisu” i przydzielił pilota, swojego protegowanego. Pilota znałem z widzenia. Był redaktorem naczelnym Głosu Nowej Huty. Chciał trochę dorobić i przy okazji zwiedzić Kresy.
           Przy pierwszym kontakcie powiedziałem, że w Klubie Złoczowskim mówi się po imieniu,  więc  ku wspólnemu zadowoleniu przeszliśmy na ty. On pełnił rolę pilota, a ja czuwałem nad utrzymaniem dobrej atmosfery. Role zostały rozdane i można ruszać w drogę.
          Pan dyrektor miał jeszcze jednego protegowanego, też dziennikarza z krakowskiego poczytnego pisma. Pojawił się na parkingu okutany w jesienne palto, z szalikiem na szyi, a tu piękna pogoda.

          Przyjazd autokaru trochę się opóźnił, bo kierowca nie wziął pełnego baku paliwa. Myślał, że gdzieś po drodze zatankuje. Niestety na rynku paliwowym krach i wszędzie paliwa brakuje. Telefonujemy po całym Krakowie szukając stacji z paliwem. Dzwonimy nawet do Bochni i Tarnowa, w baku jest jeszcze trochę paliwa może tam zatankujemy, może jeszcze da się dojechać na resztówce. Niestety wszędzie to samo, brak paliwa. Niewesoła sytuacja, a na parkingu czeka już spora gromadka. Jest nas 18 osób.

         Polak podobno potrafi. A no zobaczymy?
          Jako były pracownik Huty wykorzystując swoje dawne kontakty, zwróciłem się do dyspozytora o możliwość zatankowania paliwa, przynajmniej na przejazd z Krakowa do granicy. Tam na pewno coś się załatwi, (po stronie sowieckiej paliwa jest dużo i jest tanie). Zapewniam go, że po powrocie „Orbis” zwróci pobrane paliwo.
         Dyspozytor odpowiada, wie pan ja nie mogę podjąć decyzji – polecenie musi wydać dyrektor Huty. Beznadzieja, to już noc, godz. 24.00, trzeba dzwonić do dyrektora. Dzwonię do znajomego dyrektora, któremu podlega dyspozytor. Obudzony biedaczek zrozumiał sytuację, nie przewidziałem jednak, że dyspozytor zażyczy sobie, ażeby osobiście wydał mu polecenie. Dzwonię więc ponownie do tegoż dyrektora. W słuchawce wyczuwam jego zdenerwowanie, ale obiecuje, że wyda polecenie.
         Myślę, że rozmowa dyrektora z dyspozytorem nie należała do przyjemnych, bo zaraz oddzwonił, że wszystko jest O.K. Po tych niezwykłych przejściach udało się zatankować paliwo z deklaracją, że w całości zostanie zwrócone przez „Orbis”.
         Ta nieoczekiwana sytuacja opóźniła wyjazd o kilka godziny. Zamiast o 20.00 wyjechaliśmy o 1.00 następnego dnia.

         Przed nami długa droga nocą, a w dzień bogaty program – zwiedzanie zamków podolskich.
         Trasa wiedzie przez Lwów, Złoczów, Tarnopol, Trembowlę, Czortów, Zaleszczyki do Czerniowiec. Kierowca dodał gazu i popędziliśmy w kierunku granicy.
         Jest godz. 8:00, a my jesteśmy już na polskim przejściu granicznym. Szybka odprawa i wjazd do strefy sowieckiej. Trzeba przestawić zegarki na 9:00, a tu powtórka z maja, godziny oczekiwań, te same „obrzędy”. My siedzimy w autokarze, a oni kręcą się po obiekcie, małe ludki o posturze azjaty (skąd się tu wzięli, widocznie z świeżego naboru), w czapkach z olbrzymimi denkami. Wyglądają jak chodzące grzyby, a my musimy odstać swoje, wlec bagaże do kontroli, gdy oni w tym czasie na kanale sprawdzają, czy czasem kogoś, lub coś nie przemycamy.
         My, jednak „zahartowani” poddajemy się wszelkim oględzinom i ze stoickim spokojem czekamy kiedy nas wypuszczą na trasę. Trzy godziny minęły. Za nami prawie 300 km., a przed nami przejazd do Czerniowiec, ok. 300 km. Pozostało niewiele czasu, a przecież po drodze musimy jeszcze zwiedzić zaplanowane miejscowości i zamki .

        Lwów mijamy obwodnicą i jedziemy prosto do Złoczowa.
        Drogi główne, takie jak Lwów – Czerniowce są we względnie dobrym stanie. Inne to udręka dla kierowców.
        W Złoczowie nie ma czasu na spacery po mieście, bo to już wczesne popołudnie. Jedziemy przez miasto prosto pod zamek. Wysiadamy, a protegowany dziennikarz dyrektora dalej śpi okutany paltem. Chory czy jakie licho? Nie interesuje go zamek. Sprawia wrażenie, jakby ten wyjazd go w ogóle nie interesował.

        Zamek znowu oglądamy tylko od zewnątrz, bo uzbrojona straż nie wpuszcza nas na dziedziniec. Trudno może innym razem?
       Ruszamy w drogę. Strutyn, Zarwanica (pamiętam w pobliskim Rykowie był dwór Mariańskich,  z Rykowa pochodziła nasza gosposia domowa), Płuchów (stąd niedaleko do posiadłości Wolskich w Perepelnikach). Te miejscowości znam jeszcze z chłopięcych lat.
       Dalej Zborów - niegdyś obronna osada z warownym zamkiem, gniazdo zamożnej rodziny Zborowskich. W początkach XVII w. przeszła w posiadanie Jakuba Sobieskiego, ojca Jana III. Tu w 1649 r. 15. i 16. sierpnia stoczył bitwę z Kozakami pod wodzą Chmielnickiego i Tatarami pod wodzą Islam Gireja, Jan Kazimierz, a w dniu 17. sierpnia zawarta została ugoda zborowska. Wtedy pod Zborowem walczył po raz pierwszy Jan Sobieski. W nagrodę za swą odwagę otrzymał starostwo jaworowskie.

       O spustoszeniu Zborowa i Jeziernej w 1665 r. przez Tatarów pod dowództwem Nuradyna i Kozaków pod dowództwem Doroszenki, Sobieski pisze do swojej siostry ks. Katarzyny Radziwiłłowej; ,,Mój Zborów, Jezierna, Pomorzany, i wszystko, prócz samego Złoczowa, tak siadły, że znaku, gdzie co było, nie znajduję, a chłopa i na lekarstwo. Wszystko to od P. Boga wdzięcznie trzeba przyjąć. Dziedziłów tak szczęśliwy, że i kura w nim nie zginęła.

      Zborów został całkowicie zniszczony w czasie ponownego najazdu Tatarów i Kozaków w 1667 r. Pozostały tylko ślady wałów okalających miasteczko i obraz Matki Boskiej z Jezusem na ręku, darowany kościołowi zborowskiemu przez Jana III po wyprawie wiedeńskiej, a także pieśń śpiewana kiedyś na cześć Bogarodzicy, zachowująca pamięć króla Jana. Oto jej fragment:
Wiedeńskie hufce Tyś uszykowała,
Tyś bisurmańskie szyki połamała,
Stamtąd tu do nas prędkoś pospieszyła,
Byś nas broniła.

       Obraz ten wraz z mieszkańcami opuścił Zborów w 1945 r. i wyruszył w długą podróż: Opole, Jaśkowice, Kościelna Wieś k/Głuchowa. Obrazem opiekował się ks. Pawlicki ze Zborowa. W 1971 r. obraz poddano renowacji i kuria wrocławska przekazała go do Lubaczowa, gdzie zamontowano na lewej ścianie bocznej arcybiskupiej kaplicy.

       Już dotarliśmy do Tarnopola. Tu w 1540 hetman wielki koronny Jan Tarnowski założył miasto i twierdzę, a król Zygmunt I Stary  w 1548  nadał osadzie prawa miejskie. Tarnopol wielokrotnie zmieniał właścicieli, należał do polskich rodów o dużym znaczeniu politycznym i posiadających rozległe dobra (Ostrogscy, Zamoyscy, Koniecpolscy, Sobiescy, Potoccy) i do 1844 stanowił własność prywatną.
      Zatrzymujemy się w centrum obok katedry pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, oo. Dominikanów. We wnętrzu widać  początki renowacji. Komu ten obiekt sakralny oddano?
      Niedaleko jakaś uliczka z wystawionymi obrazami miejscowych artystów malarzy. Co za pstrokacizna „synożołta” , aż oczy bolą. To nadmiar ultramaryny i żółci.
      Zosia Pogudz, szuka lokalu, gdzie można by coś zjeść. Zamówiła coś i poczuła się niedobrze. Myślała, że to przejdzie.
      Część z nas już powróciła do autokaru, a Zosi nie ma. Dobrze, że przejeżdżała tędy karetka pogotowia ratunkowego. Zatrzymałem. Wychodzi młoda ładna lekarka i pyta o co chodzi. Mówię, że w lokalu została nasza koleżanka, bo źle się poczuła. Sympatyczna lekarka mówi „już tam jedziemy”, a tu z bocznej ulicy wychodzi uśmiechnięta nasza Zosia. Na wszelki wypadek lekarka coś jej zaaplikowała i Zosia tryska już dobrym humorem.
      Teraz jedziemy nad zalew na Serecie. Piękny widok. Po prawej stronie widać sylwetę pozostałości zamkowych. Teren wkoło jeziora dobrze zagospodarowany. Kilka zdjęć i dalej w drogę.
      Czas nas jednak goni. Przed nami jeszcze Zbaraż i powrót na drogę szybkiego ruchu na Kopyczyńce, Trembowlę, Czortków, Zaleszczyki i Czerniowce - kawał drogi.

      Zbaraż  - tej miejscowości nie pominie żaden polski turysta podróżujący po Podolu.
      Zbyt głęboko zakorzeniony jest w naszej świadomości narodowej, mit rycerstwa polskiego. Przepraszam, że znów posłużę się cytatem tym razem z Sienkiewicza, który pisał: „Chmielnicki rozpoczął regularne oblężenie, poprzecinał wszystkie drogi, wyjścia, odjął paszę, sypał aprosze i szańce, podkopywał się wężownicami pod obóz, ale szturmów nie poniechał. Postanowił on nie dać spokoju oblężonym, nużyć ich, straszyć, trzymać w ustawicznej bezsenności i nękać dopóty, dopóki broń nie wypadnie z ich rąk zesztywniałych”.

      W Zbarażu zatrzymujemy się przy kościele i klasztorze o.o. Bernardynów zbudowanym
w stylu barokowym przez ks. Zbaraskiego w 1627 r. Wielokrotnie był niszczony przez Tatarów i Kozaków. Odbudowano go  w 1755 r. w stylu renesansowym. Jedynie dzwonnica zachowała pierwotny styl barokowy. Teraz prowadzone są prace remontowe. Jest tu o. Bernardyn z Krakowa. Opowiada o kłopotach, a nawet szykanach ze strony cerkwi prawosławnej. Nie jest łatwo, mówi i zaprasza na lampkę wina do refektarza ozdobionego freskami Stanisława Stroińskiego.
      Po krótkiej rozmowie jedziemy wzdłuż Gniezny do zamku stojącego na wzgórzu.
      Zamek w całości zachował się aż do połowy wieku XIX, a potem zaczął się jego upadek. Ostatecznie zniszczony został przez kwaterujące wojska rosyjskie w czasie wojny europejskiej.
     Zamek owszem odrestaurowany, a właściwie odbudowany. Na dziedzińcu odbudowano też kazamaty, a wewnątrz pałacu muzeum narodu ukraińskiego. Na ścianach obrazy chłopów kosiarzy, żniwiarzy, a w koło przedmioty wyposażenia chat chłopskich.

     Teraz stoję na wzgórzu zamkowym skąd widać wieże bernardynów i cerkwi prawosławnej, a obok mnie stoi, no właśnie kto? Nasz Adaś Mickiewicz. Nie wiem czy tu stał przed wojną, czy go tu przesiedlono.

     Już czas pożegnać się z zamczyskiem i w drogę na Kopyczyńce.

     5 km od Zbaraża jest Stary Zbaraż. Tu kiedyś na dużym wzniesieniu stał zamek Zbaraskich, trudno dostępny dla najeźdźców, ze względu na bardzo strome zbocza.  Chciałoby się zobaczyć, niestety czas nas goni. Może kiedyś?

     Już jesteśmy na drodze szybkiego ruchu.  Kopyczyńce zostawiamy z boku i pędzimy do Trembowli jednej z najstarszych osad na ziemi halickiej, przechodzącej kolejno z rąk Lachów do Rusi.
     W XI wieku Trembowla była siedzibą księstwa Rościsławowiców i miejscem nieustannych wzajemnych walk książąt ruskich. W roku 1340 prawem spadku objął te ziemie ponownie król Kazimierz Wielki, przyłączył do Królestwa Polskiego i zbudował zamek.
     Zamek został zniszczony przez Tatarów1687r. Z obronnego zamku pozostały jedynie zewnętrzne mury i wały ziemne.
     Wspinamy się  dróżką na górę zamkową. Przy drodze, na stromej skale wzgórza zamkowego, wmurowana tablica, poświęcona Zofii Chrzanowskiej, obrończyni zamku.
     Na górze już tylko kamienie i ruiny  murów.  No cóż, tylko tyle pozostało, ale podobno kamienie też potrafią mówić, wystarczy trochę wyobraźni.
     Wracamy do centrum miasta. Przy głównej ulicy kościół śś. Piotra i Pawła z 1927 r. według projektu prof. Adolfa Szyszko - Bohusza, z charakterystyczną kolumnadą. Tu było kino, teraz podobno mają przejąć „rymokatołyki”.
     Jest już późne popołudnie i pora na Czortków. W 1522 r. miasto lokował Jerzy Czortkowski, herbu Korab, jako miasto prywatne, a prawa magdeburskie nadał król Polski Zygmunt I Stary. Kolejnymi właścicielami były polskie, rodziny Golskich, Potockich,  Wróblewskich, Sadowskich. Ruiny Zamku w Czortkowie, oglądamy z dołu. Nikomu nie chce się iść na górę. Z dołu widać tylko postrzępione mury.
    Wracamy do kościoła zbudowanego w 1918 r., w stylu gotyku nadwiślańskiego, według projektu polskiego architekta Jana Sas-Zubrzyckiego, a autorami figur świętych byli Czesław Stowp i Damian Stankiewicz. W 1941 roku Sowieci uciekając podpalili kościół i klasztor, rujnując budowlę. Po zakończeniu II wojny światowej i wygnaniu Polaków z tutejszych ziem władza sowiecka urządziła w nim magazyn nawozów sztucznych, a cenne organy drezdeńskie zostały zniszczone. Kościół został oddany w stanie ruiny w roku 1989. Pierwszym proboszczem został o. Reginald Wiśniewski, pochodzący z Czortkowa W kościele do końca II wojny światowej znajdował się uważany za cudowny obraz Matki Boskiej Czortkowskiej. Od zniszczenia uchronili go parafianie, którzy po przymusowym wysiedleniu zabrali obraz ze sobą. W latach 80. XX wieku został przekazany do  warszawskiego kościoła pw. św. Jacka. W Czortkowskim kościele znajduje się koronowana kopia obrazu. Inne zabytki to: cerkiew greckokatolicka pw. Zaśnięcia Bogarodzicy z XVI w. na tzw. Wygnance z dzwonnicą z XVII wieku; ratusz miejski z czworokątną oryginalną wieżą wybudowaną w latach 1905-1908, prace nad budową ratusza ostatecznie zakończono w 1924 roku. Na wieży znajduje się zegar wykonany na polecenie polskich władz samorządowych w Szwajcarii (w Bernie) w firmie „Aoasta”; Synagoga z XX w. w stylu mauretańskiego neogotyku.

      Jedziemy dalej do Zaleszczyk, a nasz dziennikarz, protegowany przez dyrektora, wciąż nie wychodzi z autobusu (chyba, że za potrzebą) i przesypia drogę.
      Przed Zaleszczykami na polach kołchozowych hektary słoneczników i kukurydzy. To nic dziwnego, Zaleszczyki to przedwojenny polski biegun ciepła (temperatury dochodziły do 55 stopni C), dzięki czemu Zaleszczyki słynęły z krajowej uprawy winorośli, brzoskwiń i kawonów.
      Gdyby tu mieszkał van Gogh, a nie w Arlesna na południu Francji, mielibyśmy tuziny obrazów ze słonecznikami. Tam są piaski, a tu czarnoziem. Takie są piękne, takie duże i dorodne. Wyglądają jak zaciemniona tarcza słońca.

      Zaleszczyki - w XVIII wieku należały do Stanisława Poniatowskiego, ojca króla. Jako własność króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, miastem stały się w1766  otrzymując plan regulacyjny zgodny z polską tradycją – prostokątny rynek z ratuszem pośrodku, kościołem parafialnym usytuowanym przy ulicy wychodzącej z narożnika rynku i szachownicą ulic. Od 1774 Zaleszczyki miały status miasta powiatowego. Po 1939 roku, zniszczone zostały plaże i wycięto plantacje melonów, znikły ogrody, zburzono barokowy ratusz pod pomnik Lenina, zdewastowano kościół katolicki, przekształcając świątynię na magazyn nawozów, wyburzono też liczne dworki letniskowe.
      Kościół katolicki pw. św. Stanisława z fundacji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, powstał w latach 1763-1828. Zamknięty w latach 1946-1992. Powoli restaurowany przez księży michalitów. We wnętrzu były kiedyś kartusze z królewskim herbem Ciołek. Jest też pałac Poniatowskich z końca XVIII wieku, przebudowany w 1831 roku. Mieszkał w nim książę Józef Poniatowski. W XIX wieku własność Brunickich, a do 1939 r. rodziny Turnau. Po 1945 roku usunięto kartusz herbowy i przerobiono budynek na szpital.  Jest też willa z pocz. XX wieku, w której mieszkał Józef Piłsudski w 1933 roku i dworek Kasprowicza, w którym mieszkał Jan Kasprowicz w latach 1896-1899. Zachował się budynek „Sokoła” z kwadratową wieżą (obecnie. kino) i synagoga z XIX wieku (ob. kotłownia).
     Zaleszczyki były bardzo popularnym i atrakcyjnym miejscem letniego wypoczynku. Do Zaleszczyk kursował bezpośredni „sleeping” z Warszawy, wożący wczasowiczów. Uprawiano tu dość egzotyczne jak na polskie warunki owoce, jak brzoskwinie, winogrona, melony. Istniało też najdłuższe połączenie kolejowe II RP relacji Gdynia – Zaleszczyki.

     Ruszamy w drogę do Czerniowiec. Przed nami wiadukt drogowy, strzeżony przez żołnierza w pełnym ekwipunku. Pozwala zrobić zdjęcie, ale nie całego mostu. Tylko zdjęcie w stronę rzeki, a właściwie ścieku, woda brunatna, a przecież kiedyś była czysta, a na plaży wygrzewali się wczasowicze.
     Przypomina mi się historia z 1939 r. powtarzana w czasach PRL.  Komunistyczna propaganda, fałszywie głosiła, że tędy resztki polskich wojsk (z dowództwem na czele) oraz rząd i najwyższe urzędy wycofywały się po 17 września 1939 roku do Rumunii. W rzeczywistości granicę przekraczano samochodami w Kutach, bo w Zaleszczykach był tylko most kolejowy, natomiast prawdą jest, że nieliczni uchodźcy przekroczyli w 1939 r. tu Dniestr wpław, wśród nich Melchior Wańkowicz.

     Do Czerniowcach dotarliśmy z bardzo dużym opóźnieniem. Mimo późnej godziny ok., 22.00 - czeka  na nas kolacja. Mieliśmy być o 20:00.

komentarze: 4 

Powroty na Kresy - październik 1990 - ciąg dalszy

2013.10.13 11:15:44

Kolejny dzień przyniósł niespodzianki. Rano po dobrym śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie Chocimia, Okopów św. Trójcy i Kamieńca Podolskiego.
     Nasz „niezawodny” pilot, który podobno znał dokładnie teren?, woził nas  po Czerniowcach przez pełne dwie godziny, bo nie mógł znaleźć właściwego kierunku. Wciąż wracaliśmy, a to do śródmieścia, a to pod hotel. Początkowo było to zabawne, ale w miarę upływającego czasu stawało się denerwujące. Przyznał mi się, że do Kamieńca naszą grupę miała pilotować przewodniczka z Czerniowiec, młoda, urocza kobieta, która uprosiła go, ażeby ją zastąpił. Józek uległ jej wdziękom i podjął się tego trudnego zadania. Efekt był dla niego nie do pozazdroszczenia.

     W Chocimiu nasz pilot wyraźnie się pogubił. Miejscowość mała, raczej osada wiejska. Nie wiedział jak dojechać do twierdzy, bo nigdy tu nie był. Co prawda kiepskie tu oznakowanie, to wjechaliśmy w jakieś opłotki i co dalej? W końcu jakiś mieszkaniec wskazał nam drogę do twierdzy.

     Przed twierdzą spory parking. Widać już bramę do twierdzy. Idziemy. Idzie też mała grupa tubylców odświętnie ubranych z niebiesko - żółtymi flagami. Wchodzimy na teren twierdzy. Olbrzymia przestrzeń, a w dole tuż nad Dniestrem olbrzymi zamek.
Jest też mała cerkiewka z XIX w. i karczma, gdzie można coś zjeść. My schodzimy do zamku, a oni do cerkwi. Podobno maja ją przejmować.

     Zamek rzeczywiście jest budowlą okazałą i o wspaniałej sylwecie. Jego mury jakby wyrastały z Dniestru, otoczony głębokimi fosami. Do zamku wchodzi się przez most, kiedyś na pewno zwodzony. Teraz jest stały. Ruina wielokondygnacyjna, sale puste, ale widać jakieś początki remontu.
     Do głównego budynku przylega „harem”, tak, tak prawdziwy harem z przejściem tajemnym. Ta część najbardziej interesowała naszych panów. Panie też miały iskierki w oczach i wypieki na policzkach, tylko sułtana i branek nie było.
    Po środku majdanu głęboka studnia. Całość robi wrażenie, bo w górze od bramy wjazdowej biegną dodatkowe umocnienia, niestety już tylko we fragmentach.

    Z twierdzy wracamy na parking. Wyjazd okazał się dużo prostszy. Po drodze wśród zabudowań duży plac i wyróżniające się budynki: „Uniwermag” i parterowy dom odremontowany z hebrajskim napisem, to teraz tutejsza bożnica.

    Teraz jedziemy do Okopów św. Trójcy. To południowa część przedwojennej Polski, gdzie Polska graniczyła z ZSSR oddzielona rz. Zbrucz, a od Rumunii rz. Dniestr. Po drodze fragmenty ruin średniowiecznych zameczków obronnych w Żwańcu i Iwańczyku.Tu w pobliskich Murowanych Kuryłowcach urodziła się w marcu 1807 Delfina Potocka, z domu Komar, córka Stanisława Komara i Honoraty Orłowskiej. W młodości była uczennicą Fryderyka Chopina. W 1825 roku poślubiła Mieczysława Potockiego i miała z nim 2 córki, ale się rozwiodli. Krasińskiego poznała w Neapolu 24 grudnia 1838 i rychło została jego umiłowaną, przed którą poeta zwierzał się ze wszystkich swoich myśli i zamiarów i dla której pisał utwory.

    W Okopach św. Trójcy pozostały tylko ruiny kościoła o tej samej nazwie, bramy; kamieniecka i lwowska oraz fragmenty obwarowań ziemnych.
    Na Bramie Kamienieckiej tablica głosząca: „Bramy te dawnej twierdzy nazwanej Okopami św. Trójcy, restaurowano kosztem kraju, staraniem konserwatora zabytków starożytnych, Mieczysława hr. Dunin – Borkowskiego, prezesa Rady Powiatowej Borszczowskiej w 1905 r.”          
    Nazwą Okopy św. Trójcy posłużył się Zygmunt Krasiński w „Nieboskiej Komedii (1835). jako symbol polskości Kresów:
„Od baszt Świętej Trójcy do wszystkich szczytów
skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przedzie leży
mgła śnieżysta, blada niewzruszona, milcząca,
mara oceanu, który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie
te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości
swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które
jeszcze się nie wydobyło.
Okopy św. Trójcy – trupy naokoło –działa
potrzaskane – broń leząca na ziemi – tu i ówdzie
biegną żołnierze – Mąż oparty o szaniec, Jakub przy
nim”.

    Rozmawiamy z ludnością tubylczą zaciekawioną naszym przybyciem. Mieszkają tu jeszcze ludzie pamiętający czasy przedwojenne. Gdy zadajemy stereotypowe pytanie - jak wam się żyje, odpowiedź brzmi: „żyło się dobrze, ale jeszcze za Polski” i wymownie machają rękami. Mówią, że po odejściu sowietów, może za dwa lata będzie lepiej. Biedni marzyciele!

    Wracamy do głównej drogi, Czerniowce – Kamieniec.  W Kamieńcu mamy zamówiony obiad – potrawy tamtejszej kuchni – w uroczym miejscu na tarasie Baszty Rzeźniczej z widokiem na przepiękny kanion rzeki Smotrycz (później w baszcie mieściła się bożnica, a teraz podobno wytworna restauracja).

    Kamieniec Podolski, to miasto związane od 1352 r. z  Polską tj. od włączenia go przez Kazimierza Wielkiego do Królestwa Polskiego. Wcześniej należał do Rusi,  wielokrotnie był niszczony przez Tatarów i Turków i odbudowywany przez Koriatkowiczów. Podolskie biskupstwo kościoła katolickiego powstało w 1375 r. Było to miasto wielokulturowe – Polacy, Rusini, Ormianie, Żydzi.  Żydzi jak wszędzie mieszkali na zewnątrz miasta.
         W 1463 r. zbudowano potężna twierdzę, by mogła bronić południowo wschodnią granicę Polski. W latach 1672 – 1699 miasto opanowali Turcy, co było konsekwencją zawartego przez Michała Korybuta – Wiśniowskiego traktatu w Buchaczu. Po opuszczeniu Kamieńca przez Polaków, Jan III Sobieski kazał wybudować warownię Okopy św. Trójcy mające chronić Polaków przed agresja ze strony Turcji.
         W świadomości Polaków pamięć o Kamieniec Podolski zachowana została dzięki sienkiewiczowskiej powieści „Pan Wołodyjowski” - fragment:
        „Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić… Ostatnie jego słowa były: - Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!... Ach!... Kesling pospieszył się, nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze Tak zginał Wołodyjowski, Hektor kamieniecki, pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej”.

    Do Kamieńca przyjechaliśmy po południu i do tego w niewłaściwe miejsce. Zamiast na Stare Miasto i przez most turecki do fortecy, podjechaliśmy od strony rz. Smotrycz i trzeba było wspinać się stromym zboczem do twierdzy.
     Część osób starszych niestety zobaczyła twierdzę tylko z daleka, a obiad był już marzeniem. To dopełniło goryczy. Sytuacja była groźna. Trzeba było szybko wracać do Czerniowiec, ażeby zdążyć przynajmniej na kolację.

     Podenerwowani wracamy do bazy i tu nasz pilot, znowu pogubił się w gąszczu ulic Czerniowieckich. Znowu nie mógł znaleźć właściwej drogi do hotelu. Dotarliśmy tam dopiero o godzinie 23. W zamian mieliśmy przynajmniej możliwość poznania Czerniowiec nocą. W hotelu kolacja już czekała na nas, mimo, że na parkiecie trwał nocny dansing. Zasiedliśmy do bogato zastawionych stołów. Można zrozumieć nasze zadowolenie skoro nie jedliśmy nic od rana.
     Już serwują same smakołyki, a nasz  dziennikarz, protegowany dyrektora, poprosił i czeka smętny nie odzywając się do nikogo. My już po kolacji, po wódeczce, winie, owocach i ciastach, a on dalej się nie odzywa.
     W grupie było trzech lekarzy, w tym dwóch psychiatrów. Pytam jednego z nich, siedzącego obok mnie, Jasiek czy z nim w porządku. Dziwny facet – odpowiada.
     Właśnie zbliża się do nas kelnerka z tacą zapełnioną szklankami z herbatą, a on jakby na potwierdzenie tego, o czym mówiliśmy przed chwilą, zrywa się z krzesła podchodzi do kelnerki i jednym ruchem ręki wytrąca tacę i wychodzi do swojego pokoju. Na brzęk tłuczonego szkła wszyscy znieruchomieli. Ja podchodzę do kelnerki i przepraszam, a ona mówi to moja wina, on prosi o herbatę na początku kolacji, a ja zapomniałam. To ja przepraszam.

     Po kolacji niektórzy zażyczyli sobie spotkanie w moim pokoju ze mną i pilotem. Była wielka awantura o to, że „Orbis” przydzielił takiego pilota „nieudacznika” i że nie popuszczą i zgłoszą to dyrekcji „Orbisu”. Dzięki mojemu wstawiennictwu, uczestnicy wycieczki w końcu odpuścili urazy do pilota, zaznaczając, ze robią to wyłącznie ze względu na moja osobę i pogodzili się z  tą  jak mówili skandaliczną sytuacją. Nie wiem czym się zasłużyłem? Chciałem tylko przywrócić dobrą atmosferę, jaka podczas kolacji panowała po kilku pucharkach wina. Przyznam, że byłem dumny z siebie i zawartej ugody.

     Zmorą hotelu jednak były polskie grupy, niestety pseudo – turystów, którzy na szlaku Polska – Turcja handlowali czym się dało i wieczorem raczyli się tanimi trunkami. Taki to był wówczas czas. Naszych pseudo - turystów w owym czasie można było spotkać nad Adriatykiem, Morzem Czarnym, a nawet w dalekiej Tajlandii, bo jak mówią Polak wszystko potrafi, a okazji było co nie miara. Dotąd Polacy znani byli z rycerskości, a handel traktowali jako coś nieprzyzwoitego dla szlacheckiej godności, a tu z dnia na dzień stali się godnymi rywalami dawnych fenickich, żydowskich i ormiańskich kupców. W pomysłowości powiedziałbym, że nawet ich prześcignęli i to niezależnie od statusu społecznego.

     Rano o 8:00 w hotelowej restauracji  jemy zamówione przez „Orbis” dobre śniadanko i już jesteśmy gotowi do drogi.

     Zgodnie z wolą współtowarzyszy podróży, odtąd robiłem za  pilota,  przewodnika i kulturalno - oświatowego.

     W drodze powrotnej wybrałem trasę przez Skałę Podolską, Tarnopol, Brzeżany.

     W Skale Podolskiej są ruiny zamku Lanckorońskich na wysokiej skarpie, a po drugiej stronie to tereny dawnej Rosji. Teraz pasą się krowy. Kobieta, która pasie krowy jest Polką. Prosi o polskie książki i zeszyty, bo uczy dzieci polskiego. Jest tu trochę Polaków. Pytamy jak przeżyli pogromy, mówi, że tu był spokój, ale w pobliskim Borszczowie, to tak. Jest tu też kościół. Polacy już go remontują.

     Będąc już na głównej trasie Czerniowce - Tarnopol nasza miła Sidorowianka dr Danuta Król szepnęła mi do ucha, że tu gdzieś na uboczu leży Sidorów i ona stamtąd pochodzi. Chciałaby pokazać mężowi, gdzie mieszkała.

     I jak to nie ulec miłej koleżance. Poprosiłem p. kierowcę, ażeby pilnie wypatrywał drogowskaz na Husiatyn. Przed Kopyczyńcami jest wypatrywany drogowskaz. O!, to kilkadziesia kilometrów do Husiatyna, a do Sidorowa na pewno też tyle. Nikt się nie zorientował, że jedziemy w nie właściwym kierunku. Trochę pobłądziliśmy, ale ostatecznie znaleźliśmy się w Husiatynie, małym miasteczku z zachowaną jeszcze z przed wojny, podobno najpiękniejszą bożnicą w Polsce przedwojennej, obecnie muzeum ateizmu. Jest tu też kościół w kompletnej ruinie. Stąd do Sidorowi nad Zbruczem jeszcze spory kawałek drogi. Niestety fatalny stan drogi nie pozwolił tam dojechać. Tamtejsi odradzili. Ja osobiście miałem wyrzuty sumienia, że nie spełniłem marzenie Danuty, pozostali byli zadowoleni, że poznali jeszcze jeden uroczy zakątek dawnej Polski, miasto graniczne nad leniwie tu płynącym Zbruczem.

    Wracamy na Kopyczyńce. Zaczyna padać deszcz, a my w planie mamy jeszcze Brzeżany, Przemyślany i powrót do Krakowa. Jedziemy na Podhajce, Rohatyn. Tu urodziła się Roksolana domniemana żona (od 1534 r.) sułtana Turcji Sulejmana Wspaniałego, matka sułtana Selima II Pijaka. Prawdopodobnie była córką ruskiego kapłana prawosławnego z Rohatyna, urodziła się jako Anastazja (Nastia) lub Aleksandra Lisowska. W młodym wieku trafiła do niewoli tureckiej – najpewniej w czasie najazdu Tatarów na Rohatyn w 1509. Około 1520 trafiła do seraju sułtańskiego.

    Z Rohatyna już blisko do Brzeżan. To miasto rodzinne mojej mamy. Jesteśmy już Brzeżany, a tu leje. W strugach deszczu staramy się coś zobaczyć, niestety nie wiele, więc jedziemy dalej.

    Wciąż leje. Jedziemy już prosto do granicy przez Bóbrkę i obwodnicę lwowską na Gródek Jagielloński, Sądową Wisznię i Szeginię. Tu niestety musimy swoje odstać. Jest już przed północą. Mijają godziny i wreszcie jesteśmy po stronie polskiej. Jaka ulga. Teraz w drogę do Krakowa. Ledwo wróciliśmy, a już słyszę, w listopadzie jedziemy do Żółkwi, Lwowa i jeszcze raz do Brzeżan, bo co niektórzy z Brzeżanami są związani rodzinnie.

    W Krakowie na parkingu w Nowej Hucie byliśmy po szóstej rano.

     A teraz ciekawostka, nasz zacny dziennikarz, który czas jazdy przesypiał, a na postojach nie wychodził z autokaru, po powrocie do Krakowa w krótkim zamieści  w Dzienniku Polskim artykuł, w którym szczegółowo opisywał wyprawę, podając dokładnie, gdzie co można było zobaczyć (nawet we wnętrzach obiektów muzealnych), kupić i za ile oraz inne ciekawe zdarzenia z podróży. Okazało się, że w czasie jazdy wcale nie przysypiał, a dokładnie słuchał, kto co opowiada. To mu wystarczyło na długi artykuł.

komentarze: 3