Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 – rok po katastrofie

2011.05.30 18:04:57



Prośba – Marta Gdula - Żukowicz


Panie pozwól wierzyć 
w potrzebę ofiary
ich ostatniego lotu
bólu i łez najbliższych
kolejnej traumy
całego narodu
byśmy już zawsze
z podniesioną głową
mogli czcić pamięć ofiar
stalinowskich zbrodni

Spraw by świat cały
który wiedząc milczał
otwierając dziś serce
na naszą żałobę
otworzył oczy
na katyńską zbrodnię
aby ta jątrzona
przez tyle lat blizna
mogła się w tysiącach serc
naszych wreszcie zagoić




Dylematy człowieka myślącego - wypadek losowy, czy zamach?

       Minął rok od tragedii smoleńskiej. Z czterech hipotez: błąd pilota, usterki techniczne, zła praca służb naziemnych, czy zamach – wykluczono zamach, a komisja ministra Jerzego Millera po raz kolejny przesunęła termin ogłoszenia raportu na czerwiec. Dalej nie wiadomo, czy był to wypadek losowy, czynie dopełnienie obowiązków odpowiedzialnych służb, czy zamach nie do wyjaśnienia, lub zmowa, a może tylko wynik niefrasobliwego (nieumyślnego) podżegania?  Czy w Polsce podżeganie jest karane? Gdzie szukać przyczyny tej tragedii?

       Wiadomo, że w Polsce pomiędzy ośrodkami władzy, premier – prezydent, trwał ostry spór kompetencyjny. Było tez tak, że Prezydent jako pierwsza osoba w państwie był wielokrotnie poniżany na różne sposoby. Osłabiano jego pozycję w Polsce i zagranicą. Wypowiedzi, które nie powinny mieć miejsca w polityce, a miały, godziły w polską rację stanu np:
- "jaka wizyta, taki zamach" o wizycie Lecha Kaczyńskiego w Gruzji w 2008 r.
kiedyś poleci i nie wróci” – jaka prorocza wypowiedź Komorowskiego!,
- „zrobię wszystko, aby nie dopuścić do reelekcji Kaczyńskiego - Donald Tusk.                        - Kaczyński to szkodnik – Niesiołowski,
czy żenujące wypowiedzi Palikota, Grasia, Nowaka i ludzi z zaplecza partyjnego Tuska? Co gorsze przedstawiano go jako „rusofoba”. To oskarżenie już na pewno nie mieściło się w kanonie polskiej racji stanu, a to zapewne nie umknęły uwadze rosyjskich służb specjalnych. Któż by chciał mieć za miedzą prezydenta „rusofoba”?

       Nakręcano niebezpieczną spiralę nienawiści, która mogła skutkować niekontrolowanymi wydarzeniami.  Przejdźmy jednak do chronologii wydarzeń.
       Spotkanie Putin – Tusk  przeniesione zostało na życzenie Putina z 10. na 7 kwietnia. Dlaczego? Żeby poniżyć prezydenta? Porozmawiać prywatnie z premierem Tuskiem? O czym? Czy jest stenogram z rozmów Putin – Tusk? Jeżeli tak, to winien być upubliczniony. Same pytania?
       Wiadomym było, że o fotel prezydenta ubiegało się 10. kandydatów, a tak naprawdę to liczyło się tylko trzech: Kaczyński, Komorowski i Szmajdziński. Oni posiadali zaplecze wyborcze. Gdyby doszło do wyboru między tymi kandydatami, można domniemywać przegraną  Komorowskiego ze Szmajdzińskim już w I turze, co umożliwiłoby reelekcję Kaczyńskiemu.
       10. kwietnia giną dwaj główni kandydaci na prezydenta Kaczyński i Szmajdziński. Czy to nieszczęśliwy wypadek czy skutek wcześniejszego podżegania do powstrzymania reelekcji urzędującego prezydenta?
       Jedno jest pewne ta katastrofa spowodowała głęboki podział polskiego społeczeństwa.
       Po tej tragedii budziła niesmak skwapliwość z jaką Komorowski przejmował fotel prezydencki i pospiesznie obstawiał się swoimi ludźmi.
       Wybór Komorowskiego na prezydenta stał się możliwy przez wsparcie  elektoratu SLD i Cimoszewicza, a mimo to przewaga Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim była niewielka.

      Czy ta hipoteza jest równie uprawniona jak inne? i czy powinna być badana  w trybie procesowym, jako praprzyczyna tragedii?

      Zwróćmy uwagę na znamienną wypowiedź Ławrowa w Warszawie o katastrofie, (konferencja prasowa Ławrow – Sikorski,  stosunki między Polską a Rosją teraz rozwijają się intensywniej i że "zawdzięczamy to  katastrofie smoleńskiej, która nas połączyła, ale i chęci Polaków i Rosjan do współpracy”.  
      Rosjanom zależy na dzieleniu polskiego społeczeństwa i to im się udaje. Dziś w Polsce podziały przebiegają już nawet w rodzinach. Czy oto chodziło? Wielu ludzi na dźwięk słowa "Kaczyński" wpada w jakiś niezrozumiały amok. Nie mam wątpliwości, że nieustanne podsycanie konfliktu politycznego w Polsce, to długofalowy cel gry politycznej prowadzonej przez Kreml. To pozwała Kremlowi konsekwentne realizowanie planu przedstawiana Polski w Europie Zachodniej, jako kraju maniakalnych „rusofobów”, a Polaków jako warchołów, z którymi nie należy się  liczyć.

      Temu sprzyja też bałagan w całym polskim aparacie państwowym, co uwidoczniło się w nieodpowiedzialnym przygotowaniu lotu do Smoleńska.
      Rosjanie już zdystansowali się od jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo stronie polskiej zapewnienie bezpiecznego lotu dalekie było od obowiązujących norm i regulaminów. Mimo to dotychczas nie wyciągnięto wniosków w stosunku do winnych.
       W Kodeksie Karnym jest przepis mówiący o nadużyciu władzy, o przekroczeniu kompetencji lub zaniechaniu czegoś.                                                                                    art.135 paragraf 1 mówi – Kto dopuszcza się czynnej napaści na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 3. i paragraf 2 – Kto publicznie znieważa Rzeczypospolitej Polskiej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3,  a także kwestia podżegania (art. 18 § 2 kk). art. 255 kk). Obojętna jest forma nakłaniania. Podżegać można słowem (mówionym lub pisanym), bądź gestem.
       Pytam, zatem czy kiedy szydzono z głowy państwa obowiązkiem prokuratury było wszczęcie postępowania sądowego z urzędu, tak jak to uczyniono teraz w stosunku do 25- letniego Roberta Frycza - autora serwisu internetowego  Antykomor.pl ?  
      Czy w Polsce Temida ma dwie równe szale? Ostatnia akcja ABW temu zaprzecza.
      Czy Polska teraz ma silniejsza pozycję w świecie? Czy jesteśmy spolegliwi względem Rosji?
A Ty jak sądzisz? Dodaj komentarz!

komentarze: 0 

Obrona Lwowa

2010.10.25 19:04:16

Pod koniec I wojny światowej, gdy rozpadała się monarchia Habsburgów, we Lwowie wojskowe władze austriackie wsparły dążenia Ukraińców do przejęcia władzy w mieście. Wiadomości o tym docierały do środowisk polskich. Tylko niektórzy dostrzegli niebezpieczeństwo. Przeciwdziałanie zagrożeniu utrudniało duże rozbicie polityczne społeczności polskiej oraz istnienie kilku różnych grup wojskowych. Dominujące wpływy we Lwowie miała w tamtych latach Narodowa Demokracja. W porównaniu ze stanem sprzed wojny zmniejszyło się znaczenie konserwatystów, słabsze były pozostałe partie, tj. Polskie Stronnictwo Demokratyczne, Polska Partia Socjalno-Demokratyczna i Polskie Stronnictwo Ludowe. Oprócz ośrodków politycznych istniały organizacje legionistów jak: Koło byłych Członków Wzajemnej Pomocy byłym Legionistom, a także Koło byłych Członków Polskiego Korpusu Posiłkowego.
Lwów w tym czasie był miastem o przeważającej polskiej ludności z procentowym udziałem Polaków, wyższym niż w Warszawie czy Poznaniu), Ludność polska liczyła około 60% ogółu, pozostałą część stanowili Żydzi (ok. 30%) i Ukraińcy (ok. 10%), nazywani wówczas przez Polaków Rusinami.
W październiku 1918 na wezwanie Rady Regencyjnej płk Władysław Sikorski zaczął organizować we Lwowie Wojsko Polskie. Rozpoczęły działalność - wierna idei komendanta Józefa Piłsudskiego Polska Organizacja Wojskowa, a w armii austriackiej powiązana z nią organizacja "Wolność". Od lata 1918 r. istniały ponadto Polskie Kadry Wojskowe powiązane z Narodową Demokracją. Na ich czele stał kpt. armii austriackiej Czesław Mączyński.
1 listopada 1918 nad ranem, żołnierze podlegający Ukraińskiemu Komitetowi Wojskowemu opanowali większość gmachów publicznych we Lwowie. Byli to Ukraińscy Strzelcy Siczowi - wojskowa formacja złożona z Ukraińców, stworzona na podobnych zasadach jak Legiony Polskie.
W odpowiedzi powstały spontanicznie, w zachodniej części miasta, dwa polskie punkty oporu z bardzo nieliczną początkowo i słabo uzbrojoną załogą. Były to: szkoła im. Henryka Sienkiewicza, w której znajdował się batalion kadrowy WP pod dowództwem kpt. Zdzisława Trześniowskiego i Dom Akademicki z niewielką grupą żołnierzy POW. Obie placówki rozpoczęły akcję obronną. Wkrótce powołano Naczelną Komendę Obrony Lwowa na czele z kpt. Czesławem Mączyńskim. Jednym z dowódców Obrony Lwowa był ppłk Karol Baczyński - dowódca piątego odcinka.
Początkowo Komenda Naczelna nie panowała nad spontanicznie powstającymi grupami i oddziałami polskimi, które w walce opanowały szereg kluczowych pozycji. Ponieważ większość mężczyzn zdolnych do służby wojskowej znajdowała się w wojsku albo w obozach jenieckich, oddziały obrońców składały się przeważnie z młodzieży, często niepełnoletniej - stąd nazwa "Orlęta Lwowskie".
W pierwszych dniach młodzież zdobywała broń na przeciwniku, potem z austriackich magazynów. Zaczęto organizować różne oddziały wojskowe: piechotę, artylerię, kawalerię, oddział techniczny, a także oddział lotniczy. Sztab KN Obrony Lwowa zsynchronizował działalność poszczególnych oddziałów, podzielił front na pięć odcinków i wyznaczył dowódców. Po sukcesach oddziałów polskich 10 listopada 1918 cała zachodnia część miasta (jedna trzecia) znalazła się w rękach polskich. W tym samym czasie walczono także na przedmieściach, na zewnętrznej linii frontu.
Wcześniej, 3 listopada 1918, w ukraińskiej części miasta powołano Polski Komitet Narodowy jako przedstawicielstwo społeczności polskiej. Wyraźną przewagę miały w nim ugrupowania prawicowe. Prezesem Komitetu został Tadeusz Cieński, zbliżony do Narodowej Demokracji. Cały czas prowadzone były rozmowy pomiędzy walczącymi stronami, kilkakrotnie uzgadniano zawieszenie broni w celu zaopatrzenia ludności cywilnej w żywność, pozbierania rannych i pogrzebania zabitych.
6 listopada 1918 na zgromadzeniu przedstawicieli wszystkich stronnictw w zachodniej części miasta powołano Komitet Bezpieczeństwa i Ochrony Dobra Publicznego, pełniący rolę ośrodka władzy. Weszło do niego po dwóch przedstawicieli ND, PPSD, PSD i PSL. Przewodniczącym został Marceli Chlamtacz, zastępcą Artur Hausner. Skomplikowaną sytuację polityczną i wojskową w mieście wykorzystywali przestępcy (część z nich została przez Ukraińców wypuszczona z więzienia), maruderzy i powracający do domu żołnierze armii austriackiej, tzw. heimkerowcy. Uzbrojone bandy grabiły składy, magazyny kolejowe, sklepy i ludność cywilną.
W tym czasie oddziały polskie odpierały liczne ataki wojsk ukraińskich, podejmując jednocześnie nieudane próby zdobycia całego miasta. 20 listopada przybyła z Przemyśla oczekiwana odsiecz pod dowództwem ppłk Michała Karaszewicza Tokarzewskiego. Zaraz też Tokarzewski przejął komendę nad połączonymi wojskami. Następnego dnia oddziały polskie przystąpiły do ataku. Po całodobowych walkach 22 listopada 1918 w nocy Ukraińcy w obawie przed okrążeniem opuścili miasto. Lwów był wolny! Niebawem został jednak ponownie zaatakowany z zewnątrz przez silne oddziały ukraińskie. Rozpoczął się nowy etap wojny.
W czasie gdy Lwów pierwszy stanął do walki w obronie Rzeczypospolitej, władza polska była ustanowiona tylko w zachodniej części Małopolski. 28 października 1918 r. w Krakowie Polacy przejęli władzę od Austriaków.
Jakkolwiek większość ziem polskich znajdowała się jeszcze pod okupacją i zaborami. to w kraju następowały zasadnicze zmiany. Zaczęły kształtować się zręby państwowości polskiej, administracji i siły zbrojnej. Możliwa stała się pomoc samotnie walczącym lwowianom.
Obrona Lwowa w1918
Orlęta Lwowskie - popularne określenie młodych obrońców polskiego Lwowa.
Mianem tym określa się uczniów, studentów, robotników, urzędników, chłopców i dziewczęta, kilku i kilkunastoletnich mieszkańców Lwowa, którzy wobec braku we Lwowie w owym czasie "polskich" oddziałów wojskowych, wysłanych przez austriackie dowództwo w inne regiony Europy, najpierw gołymi rękami, a później już ze zdobytą na wrogu bronią, postanowili wyzwolić swoje miasto przekazane przez ustępujących zaborców wojskowym oddziałom ukraińskim ściągniętym celowo do Lwowa. W sumie w walkach brało udział 1421 młodocianych obrońców, z których najmłodszy miał 9 lat. Jeden z nich 13-letni Antoś Petrykiewicz został
najmłodszym w historii kawalerem Orderu Virtuti Militari



Odznaka Honorowa "Orlęta" - przyznawana
uczestnikom obrony Lwowa.









Pamięć o czynie Orląt Lwowskich, z których jeden - nieznany z nazwiska jest pochowany w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie była czczona w Polsce, zaś miejsce ich spoczynku traktowano jako campo santo - święte miejsce.



W uznaniu bohaterskiej postawy i zasług mieszkańców Lwowa dla Polski miasto zostało - jako jedyne w Polsce - udekorowane przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego Krzyżem Virtuti Militari. Uroczystość odznaczenia Lwowa odbyła się 1 listopada 1920 przed kolumną Mickiewicza.





 

 
komentarze: 0

Historia początków fotografii i kartki pocztowej

poniedziałek, 26 lipca 2010 18:17

Fotografia jest połączeniem różnych wynalazków w jedną całość: Ibn al-Hajsam (965-1040) wynalazł Camera obscura. Albert Wielki (1139-1238) odkrył azotan srebra. Georges Fabricius (1516-1571) wynalazł chlorek srebra. Daniel Barbaro opisał przysłonę w 1568 roku. Wilhelm Homberg w roku 1694 opisał jak światło przyciemnia niektóre chemikalia (efekt fotochemiczny).
Pierwszą trwałą fotografią był obraz wyprodukowany w 1826 roku przez Josepha-Nicéphore'a Niépce'a, francuskiego wynalazcę. Obraz powstał na wypolerowanej cynkowej płytce pokrytej asfaltem syryjskim. Produkcja tego zdjęcia wymagała ośmiogodzinnej ekspozycji w słoneczny dzień. Bitum twardnieje pod wpływem ekspozycji na światło. Nieutwardzony materiał może być zmyty olejkiem lawendowym, otrzymany w ten sposób negatyw można pokryć farbą litograficzną i odcisnąć na papierze tworząc druk. Później Niépce eksperymentował nad składnikami srebrnymi bazując na odkryciu Johanna Heinrich Schultza z 1724 roku. Odkrył, że chlorek srebra zmieszany z kredą ciemnieje po wystawieniu na działanie światła.
Następnie Joseph-Nicéphore Niépce wraz z Louisem Jacques'em Daguerre'em udoskonalili proces fotochemiczny z udziałem srebra. Niépce umiera w 1833 roku na apopleksje, a swoje notatki zostawia Daguerre. Nie posiadając naukowego wykształcenia Louis Jacques Daguerre dokonał dwóch zasadniczych okryć. Mianowicie odkrył, że wystawiając najpierw srebro na działanie par jodu przed ekspozycją, a następnie po zrobieniu zdjęcia na opary rtęci, mógł uzyskać obraz utajony. Obraz utajony to inaczej mówiąc negatyw ale jeszcze przed wywołaniem. Obraz utrwala się poprzez kąpiel w roztworze soli kuchennej. 7 stycznia 1839 roku Louis Jacques Daguerre ogłosił, że używając srebra i miedzianej płytki wynalazł proces zwany dagerotypem. Podobny proces jest nadal używany w aparatach Polaroid. Rząd francuski natychmiast wykupił patent i uczynił z niego własność publiczną. 25 stycznia 1839 roku Talbot zaprezentował proces zwany kalotypem. Pokrył on kartkę papieru chlorkiem srebra, żeby uzyskać natychmiastowy negatyw. George Eastman udoskonalił ten proces, który obecnie jest główną technologią wytwarzania filmów fotograficznych. W 1851 roku Frederic Scott Archer wynalazł proces kolodionowy.
Podczas rewolucji przemysłowej dagerotyp stał się popularnym sposobem robienia fotografii portretowej w klasach średnich. Dagerotypista Augustus Washington brał od 50 centów do 10 $ za odbitkę. Jednakże odbitki dagerotypowe były bardzo delikatne i nie umożliwiały kopiowania (powielania). Fotografowie naciskali na chemików by Ci udoskonalili proces robienia odbitek na większą skalę i dużo tańszych, co z kolei przywiodło ich do procesu Talbota. Nowoczesny proces fotograficzny powstał poprzez udoskonalanie i ulepszanie znanych wcześniej procesów. W 1884 roku Georg Eastman wynalazł suchy żel, który nakładał na papier lub film, dzięki temu fotografowie nie musieli nosić fotograficznych płytek i innych ciężkich chemikaliów. W czerwcu 1888 roku aparat Kodak Eastmana wszedł na rynek pod hasłem "You press the button, we do the rest" (Ty naciskasz guzik, my robimy resztę). Rok 1901 był rokiem, kiedy fotografia zaczęła być dostępna dla mas.
wejdź do Galerii
Kartki pocztowe
Kto i kiedy wprowadził karty pocztowe do obiegu? Co to jest filokartystyka?
Francuzi uważają, że karta pocztowa wprowadzona została podczas wojny prusko-francuskiej 1870-1871 roku przez nieznanego z nazwiska cenzora francuskiej poczty polowej. Żołnierz ten uznał, że korespondencja z frontu powinna być krótka, rzeczowa, dotycząca tylko najważniejszych spraw osobistych i łatwa do sprawdzenia. Zaklejani i otwieranie koperty to strata czasu. Wprawdzie dowództwo francuskie skrytykowało projekt pocztowego cenzora, jako rzecz "wysoce nieprzystojną", twierdząc, że "dyskrecja jest sprawą honoru", ale większość, mająca wstręt do pisania długich listów, wypowiedziała się za wprowadzeniem karty.
Niemcy natomiast uważają Heinricha von Stephena za twórcę karty pocztowej, który na Konferencji Pocztowej Krajów Niemieckich zgłosił postulat traktujący o możliwości prowadzenia korespondencji na „karcie pocztowej" pozbawionej koperty. Jedna strona karty miała być przeznaczona na adres, a druga na informacje. Propozycja jednak nie została przyjęta.
Pierwsze karty pocztowe bez ilustracji wydrukowano dopiero w 1869 roku w Austrii. Następnie w czerwcu 1870 r. księgarz Schwarz z Oldenburga wydal pocztówkę z wizerunkiem artylerzysty z armatą.
W końcu dopiero w lipcu 1875 roku, uchwalą Światowego Związku Pocztowego „Karta pocztowa" została zatwierdzona do międzynarodowego obiegu. Ostatecznie za wynalazcę pocztówki uważa się Emanuela von, Herman'a, profesora akademii wojskowej, który w 1869 roku opublikował w prasie niemieckiej artykuł o nowym sposobie korespondowania, o jego zaletach praktyczności i wyższości nad dotychczasowym prowadzeniem korespondencji..
Szybko okazało się, że nowa forma korespondencji przy pomocy kart pocztowych zaczyna robić błyskawiczną karierę w obiegu międzynarodowym. Uważano ją za widomy znak nowoczesności piszącego. który musi się spieszyć, bo takie są wymogi nowoczesności w szybkich kontaktach ludzkich. Na pisanie długich listów nie ma czasu. Na to mogą sobie pozwolić tylko „zaśniedziali mieszczanie" i ludzi z wyższych sfer, ale i oni ulegli magii nowoczesności. Do dobrego tonu należało przesyłanie kart z dalekich podróży. Na początku były to zwykłe białe kartoniki z nadrukiem "Carte postale", "Postkarte", "Cartolina postale", "Dopisnice". Szybko jednak zaczęły ukazywać się karty ilustrowane widokami miast, dziełami sztuki, portretami sławnych ludzi, dowcipnymi rysunkami, (np. karty primaaprilisowe, z ciętymi wierszykami, z pozdrowieniami z podróży i imieninowe. Z czasem przyjął się zwyczaj przesyłania zdjęcia jako kartę pocztową. Drukowana była seria zdjęć, które rozsyłano do znajomych, oczywiście jeżeli ktoś mógł pochwalić się urodą. Taką kartkę znalazłem w rodzinnym albumie. Dzisiaj jest to już osoba nieznajoma. Na odwrotnej stronie niema żadnego wpisu. Można się tylko domyślać, że to jakaś dalsza krewna lub znajoma rodziny.
Obecnie wydawane są karty pocztowe z gotowymi tekstami - wystarczy tylko podpis. W takiej korespondencji nie ma miejsca na kwiecistość wypowiedzi, finezję doboru słów w przekazywaniu uczuć, jak choćby to miało miejsce w listach króla Jana do Marysieńki, Słowackiego do Salomei, czy Chopina do George Sand. Można tu mnożyć przykłady, pięknie pisanych listów nawet obecnie. Dotyczy to raczej starszego pokolenia.
Dziś w dobie Internetu i elektronicznego przekazu, korespondencja szczególnie młodzieżowa, jest bardzo uboga. Często używa się wulgaryzmów. Widoczne to jest zwłaszcza na tzw. „Facebookach", a i w Internecie dziennikarze nie grzeszą dobrą polszczyzną. Parlamentarzyści tzw. „klasa polityczna" nie przebiera w jasnych i przejrzystych wypowiedziach, popisując się słownymi wpadkami. Nawet Premier w telewizji mówiąc o powodzi i ogromie zniszczeń, stwierdza, że „ktoś to musiał spieprzyć". A może to Rząd spieprzył Panie Premierze? No cóż świat się zmienia, a ludzie jacy są to widać? Przepraszam za odrobinę sarkazmu. Wróćmy jednak do historii powstania „pocztówki".
Otóż pierwszą wystawę kart pocztowych zorganizowano w 1900 roku staraniem Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Prezentowano Pokazano zbiory 10 wydawnictw z różnych krajów oraz przeszło 30 prywatnych kolekcjonerów.
Miłośnicy kart pocztowych nazywani są filokartystami. Do nich niewątpliwie należy znany krakowski kolekcjoner, zresztą nie tylko kart pocztowych, Marek Sosenko. To z jego bogatych zbiorów korzystam, prezentując karty pocztowe miast kresowych, za co serdecznie dziękuję.

Ci pasjonaci zrzeszeni są w Ogólnopolskim Klubie Filokartystów, który ma swoja siedzibę w Warszawskim Ośrodku Kultury, przy ulicy Elektoralnej. Organizowane są tam cotygodniowe spotkania - giełdy wymienne, a także dwa razy w roku aukcje starych pocztówek. Staraniem członków klubu jest również wydawany kwartalnik pt. "Filokartysta".




Historia wydawnictw seryjnych

piątek, 16 lipca 2010 12:38

Publikowanie książek w ramach serii wydawniczych to niezwykle istotne zjawisko w dziejach ruchu wydawniczego i popularyzacji czytelnictwa. Walory wydawnictw seryjnych zostały zauważone już w XVIII wieku a perfekcyjnie wykorzystane w końcu XIX i od początku wieku XX.
Warto tu wspomnieć chociażby o Bibliotece Mrówki serii biorącej tytuł od czasopisma lwowskiego o tej właśnie nazwie, zapoczątkowanej w 1869 roku a utrzymującej się na rynku przez 43 lata, czy Bibliotece Powszechnej Zukerlandów w Złoczowie - do lat międzywojennych ukazało się blisko 1200 tomów.
Ważną postacią w popularyzacji czytelnictwa był Wilhelm Zukerkandel (1851-1924)
Księgarz i wydawca w Złoczowie. Założył bardzo zasłużoną oficynę popularyzującą literaturę, znaną głównie z serii tanich książek "Biblioteka Powszechna" (wydano ponad 1200 tytułów).




Księgarnia i wydawnictwo rodziny Zukerkandlów w Złoczowie działało już w okresie zaborowym - galicyjskim. Przyczyniło się do upowszechniania polskiej literatury pięknej oraz klasyki światowej. Wydawano je w tzw. książeczkach kieszonkowych „Biblioteki Powszechnej". Były tanie i mogły trafić pod każdą „strzechę". Był to - na tamte czasy - ewenement na dużą skalę. Wydawnictwo Zukerkandla znane był w całej Galicji oraz na pozostałych terenach zaboru niemieckiego i rosyjskiego. Wydawnictwa Zukerkandla trafiały na różne rynki zagraniczne, nawet poza kontynent europejski.
Można śmiało założyć, że pogłębione badania nakażą i te wyliczenia zweryfikować poprzez dodanie nowo ujawnionych tytułów wydawnictw seryjnych. Wszystko to pozwala stwierdzić, że serie stanowiły poważne zjawisko już na ówczesnym rynku wydawniczym.
Wraz z rozwojem wydawnictw seryjnych zaczęły się pojawiać także wśród nich wydawnictwa o charakterze specjalnym.
W ramach Biblioteki Złoczowskiej zostały wydane:
- Księgę Pamiątkową o Gimnazjum Złoczowskim - nakład wyczerpany
- Szkice Historyczne - sesja naukowa w Krakowie*
- Jan III i zamek w Olesku - reprint*
- Powroty na Kresy - tomik I nakład wyczerpany
- Powroty na Kresy - tomik II z filmem i wywiadami
- Ulica Gliniańska w Złoczowie - nakład wyczerpany
- 125.lecie Gimnazjum Złoczowskiego- sesja naukowa w Złoczowie - nakład wyczerpany
- Zagłada Huty Pieniackiej - nakład dodrukowany*
- Księga Pamięci w 65 rocznicę ludobójstwa polskiej ludności cywilnej BÓL - CIERPIENIE - PAMIĘĆ suplement do książki Zagłada Huty Pieniackiej z filmem i wywiadami*

* oznaczają, że są jeszcze jakieś egzemplarze.







Podhorce

2010.05.24 19:57:23

Położone są na stoku wzgórz Woroniaków, 80 km na wschód od Lwowa. Zamek podhorecki został wzniesiony w wieku XVII przez Stanisława Koniecpolskiego. Jeszcze w tym samym wieku wnuk hetmana, także Stanisław, część majątku wraz z Podhorcami zapisał, synowi króla Jana III. Od brata Konstantego zamek nabył w 1718 r. hetman Stanisław Rzewuski. Rzewuscy przywrócili zamek do dawnej świetności.
Wacław Rzewuski dobudował jedną kondygnację. Całość została zwieńczona postacią Atlasa dźwigającego kulę ziemską. W Podhorcach Rzewuscy mieli teatr nadworny, w którym wystawiał własne sztuki Julian Ursyn Niemcewicz.
Wacław - emir Tadż ul - Fahr Rzewuski też pisał utwory komediowe.
Był powstańcem listopadowym, a także bohaterem utworów Słowackiego (Duma o Wacławie Rzewuskim) i Mickiewicza (Farys). Zamek ten był jedną z najwspanialszych rezydencji magnackich. W Podhorcach odbyło się wesele księcia Karola Radziwiłła i tu Rzewuscy
podejmowali cesarza Franciszka I. Wacław Rzewuski zapisał Podhorce Sanguszkom, zobowiązując ich do utrzymywania tej majętności w należytym stanie, jako dziedzictwo narodowe.
Przez jakiś czas dziadek Juliusza Słowackiego był zarządcą dóbr Sanguszków.
Do 1914 r. funkcjonował jako prywatne - ogólnie dostępne - muzeum. Ostatnim właścicielem zamku i słynnej stadniny koni był Roman Sanguszko.
Podczas II wojny światowej zniszczeniu uległy portale, kominki, boazerie, obicia, piece i posadzki. W czasach ZSRR urządzono w zamku szpital przeciwgruźliczy.
W 1997 r. pałac został przejęty przez Lwowską Galerię Sztuki i rozpoczęły się skromne prace restauracyjne.
Przed wojną, po zamku oprowadzał p. Jan z sumiastym wąsem, w stroju szlachecko -mieszczańskim, o rysach prawdziwego szlachcica, który snuł opowieści, jak pewnego razu w Sali Rycerskiej nocował pewien mnich, który o północy widział białą damę snującą się po pokojach, a na zamkowy
dziedziniec wjeżdżały powozy z dawną okoliczną szlachtą, na nocną biesiadę.
Jeszcze przed II wojną światowa były tu świetnie utrzymane ogrody w stylu włoskim, piękne wysokie żywopłoty tworzące labirynty, w których bardzo łatwo można było pogubić się i sadzawka z rybami, do której woda spływa z bijącego wyżej źródła.
Najważniejsze były wnętrza pałacu sala rycerska pełna zbroi, następna niebieska i złota, gdzie stała złocona kareta i i namiot turecki zdobyty pod Wiedniem, dalej lustrzana, karmazynowa i sypialnia króla Jana, skąd
wychodziło się na ganeczek z basztą i drzewem orzechu, podobno posadzonym przez króla Jana. Sale zamkowe były bogato wyposażone w meble i obrazy.
Przed wojną pałac wraz z wyposażeniem był pod troskliwa opieką konserwatorską państwa Mękickich. Wobec zagrożenia wojennego część wyposażenia pałacu została wywieziona do majątku Sanguszków w Gumniskach pod Tarnowem.
Oprócz zamku, warto zobaczyć barokowo-klasycystyczny kościół zamkowy, zaprojektowany na wzór bazyliki św. Piotra w Watykanie.

Na tzw. „Pleśnisku" - horodyszcza spalonego w 1241 r. przez Mongołów istniała cerkiew, ufundowana w 1181 r. przez Rusinkę Helenę, która była żoną Kazimierza II sprawiedliwego [1177 -1194] syna Bolesława Krzywoustego, który za żonę też miał Rusinkę. Koligacenie się Piastów z Rusinkami Rurykowiczów i odwrotnie było na owe czasy dalekosiężną polityką wschodnią, co w konsekwencji doprowadziło do włączenie do Polski tych ziem przez Kazimierza Wielkiego, drogą sukcesji.


| komentarze: 1  

Kamieniec Podolski

2010.05.24 19:51:50

Miasto na Podolu nad rzeką Smotrycz. Założone prawdopodobnie w XI w. W 1352 r. włączone zostało przez Kazimierza Wielkiego do Rzeczypospolitej. Od 1434 r. Kamieniec pełnił funkcję stolicy województwa podolskiego. Aby mógł skutecznie bronić południowo-wschodniej granicy Polski, w 1463 r. zbudowano potężną fortecę. Jego położenia na szlaku dróg handlowych z Krymem i Wołoszczyzną powodowało wielokrotne jego oblężenia.
W latach 1672-1699 przejściowo był pod panowaniem tureckim, jako konsekwencja zawartego przez M. Korybuta Wiśniowieckiego traktatu w Buczaczu. Po opuszczeniu Kamieńca przez Polaków, Jan III Sobieski kazał wybudować warownię Okopy św. Trójcy mające chronić Polaków przed agresja ze strony Turcji. Od 1793 roku objęty został zaborem rosyjskim i już nigdy nie powrócił pod panowanie Polski.
W 1922 r. włączony został do Ukraińskiej SRR, zaś od 1991 r. w wyniku powstaniu państwa ukraińskiego, w drodze sukcesji, przyłączony został do Ukrainy.
W polskiej literaturze obecność Kamieńca Podolskiego zawdzięczamy Henrykowi Sienkiewiczowi, który umieścił go w jednej z części Trylogii - „Panu Wołodyjowskim".
W mieście znajduje się szereg zabytków: twierdza składająca się ze starego i nowego zamku, ratusz (XVI-XVII w.) na starówce otoczonej fortyfikacjami, wiele kościołów, minaret przy klasztorze obrządku rzymskiego (jedyne tego typu połączenie architektury w świecie), pozostałości cerkwi ormiańskiej (XV w.), apteka ormiańska (XVI w.), brama triumfalna (XVIII w.).
Miasto związane z Polską od 1352 r , wcześniej należało do Rusi i wielokrotnie było niszczony przez Tatarów i Turków. Odbudowane zostało już przez Koriatkowiczów. Podolskie biskupstwo kościoła katolickiego powstało w 1375 r. Było to miasto wielokulturowe - Polacy, Rusini, Ormianie. Zgodnie z ówczesną jurysdykcją Żydzi mieszkali na zewnątrz miasta.
W świadomości Polaków pamięć o Kamieniec Podolski zachowana została dzięki sienkiewiczowskiej powieści „Pan Wołodyjowski" - fragment:
„Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić... Ostatnie jego słowa były: - Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!... Ach!... Kesling pospieszył się, nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi - wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy.



komentarze: 0

Bakotski skalno-pieczarowy - święto-michajłowski monastyr - legendarne osiedle Bakota było położone na lewym brzegu Dniestru, tam gdzie została wybudowana Mochylewsko-Podolska Elektrownia Wodna, w wiosce Bakota.

2010.05.24 19:47:44 

Pierwsze dziejopisarskie wzmianki o Bakocie pochodzą z roku 1240. Wtedy Daniło Romanowicz szukał pomocy w wojnie przeciwko Złotej Ordzie na Węgrzech i w Polsce. Wtedy bojarowie rozdzielili między siebie ziemie i rządzili jako niezależni władcy. Bojar Dobrosław Sudicz zajął w 1240r. Podole wraz z Bakotą.Pisząc o Bakocie trzeba wspomnieć o skalnym monastyrze, który był usytuowany na 120. metrowej skale a jego losy zostały splecione z tym rejonem na wiele wieków. Monastyr znajduje się na lewym-wschodnim rogu Kamieniecko-podolskiego Rejonu, obok wioski Goraiwka. Pierwsze pisemne wzmianki o monastyrze pojawiły się w Kronikach Wielkich Książąt Litewskich w XIV w. Kronikarz podajr o zajęciu Podola w 1362 r. przez litewskich prawosławnych książąt Koriatowiczów. Panowali aż do najazdu Tatarów. W kronikach jest zapisane: „ Koriatowicze wybudowali twierdzę na rz. Smotrycz. Oraz odnowili i umocnili miasto Bakota", gdzie w skalnych pieczarach nad rz. Dniestr mieszkali mnisi. Z kronikarskiego zapisu wynika też, że monastyr był założony na długo przed przybyciem Koriatowiczów. Dalsze losy monastyru są ściśle związane z historią Bakoty. Przyjmuje się, że w 1434r. Bakotę, monastyr i pieczary było spustoszone, a mnisi rozproszyli się. Monastyr długo stał pusty i był grabiony. Tylko w górnych częściach skał zostały zachowane resztki dawnych budowli, ale to tylko są przypuszczenia, a prawdziwy los monastyru z tych czasów nie jest znany.
Około roku 1880 W. B. Antonowicz przybył do Bakoty i rozpoczął prace odkrywkowe i archeologiczne na Białej Górze, bowiem to miejsce ludność wskazała jako uroczysko-monasyrzysko, a także przekazała legendy związane z uroczyskiem.



komentarze: 0

Mija 70 lat od pierwszych wywózek Złoczowian do Kazachstanu.

2010.02.12 19:57:13
Wspomnienia:
Wspomnienia: 
 

DROGA PRZEZ MĘKĘ I PIEKŁO NA ZIEMI – fragmenty wspomnień Zofii Gumiennik z domu Krysteli

2010.02.12 19:53:02

Urodziłam się 27 lutego 1925 r. w Janowie Lubelskim. Od 1932 roku mieszkałam wraz z rodzicami i rodzeństwem (ojciec był wojskowym) w Złoczowie przy ulicy Długiej. Z 9/10 kwietnia 1940 roku, w nocy przyszło N.KW.D, zabrało mojego ojca Piotra Krystieli. Miałam wówczas 14 lat. Wyszłam za nimi. Przed domem stała dorożka – fiakier, do której kazano ojcu wsiąść i odjechali. Ja biegłam za nimi, aż do siedziby N.K.W.D. przy ulicy Podwójcie dokąd ojca zawieźli. Stałam tam dłuższy czas bezradna, zrozpaczona, płakałam, nie widząc wyjścia poszłam do domu. Po drodze bez przerwy mijały mnie samochody i dorożki wiozące aresztowanych. Tej nocy cały tabor transportowy, jaki był w Złoczowie, służył tylko N.K.W.D. Za dwa dni w nocy z 12/13 kwietnia 1940 r. zaczęto walić w drzwi i krzyczeć : „Otwieraj”. Wyrwanej ze snu, półprzytomnej, wystraszonej mamie i dzieciom rozkazano, by wszyscy w ciągu godziny spakowali się, Pozwolili zabrać tylko to co jest niezbędne, zapakować w worki lub prześcieradła. Przerażeni braliśmy rzeczy z jednego miejsca i przekładaliśmy na drugie, aż wreszcie to co się dało zebrać powiązaliśmy w prześcieradła i jakieś worki. Wyprowadzono nas jak przestępców. Przed domem stał samochód ciężarowy. Kazali ten cały dobytek załadować i wsiadać. Zawieziono nas na dworzec kolejowy. Tam stały już przygotowane bydlęce wagony, do których nas załadowano. Okna były obite blachami, było zimno i ciemno. Poganiano nas jak bydło. Po zapełnieniu wagonu, około 60-80 osób, drzwi zamknięto, zaryglowano i zakręcono drutem. Na zewnątrz pilnował nas (kobiety z dziećmi i staruszkami) krasnoarmiejec z karabinem. Po załadowaniu wszystkich wagonów, transport ruszył. Ulokowaliśmy się pokotem na podłodze. Było tak ciasno, że w nocy musieliśmy obracać się na komendę. Straciliśmy rachubę czasu i porę dnia, bo stale było ciemno. Okna były szczelnie pozabijane. Na granicy w Zdołbyniowie zatrzymano transport. Była noc. Stację oświetlono rakietami. Słychać było głośne nawoływania. Skorzystaliśmy z okazji. Jedna z rodzin wzięła ze sobą siekierę, więc zaczęliśmy odbijać, od wewnątrz, przez kraty blachę zasłaniającą okno wagonu. Robiliśmy to wówczas, kiedy żołnierz odszedł od wagonu. Kiedy usłyszał stukanie, szybko przybiegł i zaczął krzyczeć: nie nada, nie nada (nie wolno) grożąc jakimiś sankcjami. Mimo groźby odbiliśmy blachę, tłumacząc mu, że dusimy się. Było zimno, ale mieliśmy powietrze, światło i okno na świat. Im zależało na tym, żebyśmy tej biedy i nędzy jaka tam była nie widzieli, jak również nie widzieli, gdzie, którędy i dokąd nas wiozą. Pamiętam jak omyłkowo skierowali nas na Kaukaz, zamiast na Sybir. Po drodze była miejscowość Wałujki, gdzie zatrzymał się transport. Ujrzeliśmy stojących ludzi bardzo biednych, nędznych, obdartych i głodnych, bo bez przerwy wołali isty (jeść) dajte isty (dajcie jeść). Nam dano barszcz, gdzie jarzyna, jak mówiliśmy, była traktorem siekana. Po prostu nie dało się jeść, więc wylewaliśmy, a kaszę jęczmienną zawinęliśmy w papier i tym biednym i głodnym dzieciom podawaliśmy przez dziurę w podłodze, która służyła za latrynę. Jedni zagadywali żołnierza, a drudzy pchali kaszę przez tą dziurę dla tych biednych i głodnych ludzi. Kiedy żołnierz zobaczył, krzyczał, że będzie strzelał. Mówiliśmy mu: wyobraź sobie, że to twoja rodzina i twoje dzieci giną z głodu - wtedy trochę się uspokoił. Daliśmy wszystką kaszę, za którą nie wiedzieli jak mają dziękować. Wkrótce N.K.W.D. zorientowała się, że źle nas wiozą i dało nakaz powrotu do drogi na Sybir. Zatrzymaliśmy się w nocy w Kujbyszewie. Zaczęto walić w drzwi i wołać by 2 osoby wzięły wiadra, zresztą zabrane ze sobą przez niektóre rodziny. Poszedł mój brat Olek i Staszek Góralczyk. Po przyniesieniu barszczu i kaszy powiedzieli, że barszczu nie radzą nam jeść, bo w nim kąpały się szczury, które chodziły po gzymsach na stacji i jak niefortunnie któryś wpadł do kotła, to kucharz olbrzymią chochlą wyławiał go, wylewał na ziemię i dalej nabierał i wlewał ten barszcz do wiader. Oczywiście nie jedliśmy, gdyż na razie mieliśmy zapasy żywności zabranej ze sobą, ale jak się wyczerpały zaczęła smakować kasza, bo barszcz obrzydł nam do końca naszej podróży. Jechaliśmy przez Ural. Pamiętam przepięknie położoną Ufę, Swierdłowsk, Czelabińsk, aż po 2 tygodniach jazdy zatrzymaliśmy się w Kazachstanie w mieście Kustanaj. Tam otworzono wagony i kazano wychodzić. Stały tam przygotowane samochody ciężarowe, na które nas załadowano i rozwieziono do różnych miejscowości – kołchozów i sowchozów. W tumanach kurzu i burzy paskowe jechaliśmy przez bezdrożne stepy. Wyglądaliśmy jak diabły; brudni, zakurzeni, nie podobni do ludzi. Przywieziono nas do kołchozu – wioski o nazwie Konstantynówka oddalonej o 50 kilometrów od Kustanaju. Zrzucono na płoszczad – plac przed domem kultury, dawnej cerkwi i pozostawiono samym sobie. Czekał na nas tłum ludzi ze wsi. Patrzyli na nas wrogo, bo powiedziano im, że to są polskie pany, burżuje, wróg narodu sowieckiego. Siedzieliśmy na tych naszych przywiezionych tłumokach; brudni, głodni, spragnieni. Dzieci płakały bo chciały jeść i pić. Widok tek skruszył serca tubylców i zaczęli z nami rozmawiać na różne tematy i wypytywać się skąd przyjechaliśmy. Zaczęło się robić ciemno, a nami nikt się nie interesował – rzucono nas jak psy na zagładę. Dopiero kołchoźnicy po rozmowie z nami, zorientowali się, że jesteśmy takimi samymi ludźmi jak i oni, bo też przeszli rozkułaczenie i wiedzieli co to znaczy „Sowieckaja Właść”, poszczególne rodziny zaczęły brać nas do swoich domów na noc. Nas wzięła rodzina Posnych (Posnyj) Poszliśmy do rzeki Toboł, żeby się umyć. Gospodarze dzielili się z nami tym co mieli, ugotowali mleko i dali chleb. Przynieśli słomę i spaliśmy na podłodze w jednej izbie, a oni w drugiej. Niektóre rodziny pozostały już i mieszkały na stałe u rodzin, które ich zabrały, a inne szukały sobie kwater, tak jak moja rodzina, ponieważ rodzina Pasnych, u których mieszkaliśmy składała się z sześciu osób i nasza również z sześciu osób. mama i czworo dzieci: Aleksander, Helena, Zofia, Jan Krysteli oraz p. Franciszka Swobodowa, która w Złoczowie mieszkała w tej samej kamienicy co my, a została zabrana za zięcia, który pracował w 2.-wywiadzie wojskowym. Rodzinie Pasnych jesteśmy wdzięczni za okazane nam serce w tej krytycznej chwili, gdyż inaczej zostalibyśmy na dworze przez całą zimną syberyjską noc kwietniową. Znaleźliśmy mieszkanie u staruszków Ani i Filipa Ilczynków. Mieli pokój z kuchnią i nam dali pokój, a sami zostali w kuchni. Z pokoju również korzystali, bo żyliśmy jak rodzina. W izbach podłoga była z gliny i od czasu do czasu smarowało się gliną rozrobioną, żeby odświeżyć i wyrównać ubytki. W pokoju była prycza, ława, zapiecek i stół. W rogu wisiały „Ikony”, bo dziadkowie byli wierzący i co dzień modlili się rano, wieczorem i przed posiłkami. Teraz zaczęła się dla nas gehenna, jak tu żyć i z czego, a władze w ogóle się nami nie interesowały. Owszem przez cały rok każdej nocy byliśmy wyrywani ze snu waleniem w okno i kazali nam przyjść do uprawlenia (gminy) na przesłuchanie przez N.K.W.D. Już nam to obrzydło i psychicznie nas wykańczało, bo stale musieliśmy te nasze życiorysy powtarzać, a oni czyhali, ażeby na czymś złapać. Przez cały rok nie dali nam żadnej pracy, choć staraliśmy się o nią. Żeby żyć, rzeczy przywiezione z Polski oddawaliśmy za prowianty tj. mąka, ziemniaki, chleb, mleko, mięso, kapusta, kasza itp. W jesieni, po wykopaniu ziemniaków, poszliśmy na pole zbierać pozostałe ziemniaki, skąd nas przeganiali i nie pozwalali zbierać. Mmiały zgnić. Pomimo przeszkód uzbieraliśmy worek ziemniaków, takich jak orzechy i to musiało nam wystarczyć na całą zimę na 6. osobową rodzinę. Mama trochę szyła, a ja robiłam na drutach chustki i tzw. puchówki z koziego puchu, które trzeba było robić cały miesiąc od rana do wieczora. Robiłam też swetry, skarpety, rękawiczki. Ratowaliśmy się jak tylko można było, by nie umrzeć z głodu. Pierwsze Święta Wielkanocne w 1941 roku to był upieczony z otrąb placek, ugotowane 2 jajka i skropione rzęsiście łzami. Przeżycie nie do opisania na tym wygnaniu. W zimie nie mieliśmy czym palić. Tubylcy palili tzw. ”kiziakiem”. Był to wysuszony nawóz bydlęcy w formie cegły. Chodziliśmy więc wzdłuż Tobołu po pas w śniegu, szukając łozy (wikliny) i piołunu i wycinali nożem po jednym patyczku. Trzeba było chodzić i grzebać w śniegu cały dzień o chłodzie i głodzie, żeby naciąć choć wiązkę. Wracaliśmy wykończeni, ale radośni, że będzie czym zapalić i siedzieć w ciepłym. Dom, w którym mieszkaliśmy, był wiekową chatą o wysokim dachu słomianym, ale usytuowany na obrzeżu wioski od strony stepu tak, że w czasie zimy i burianów (zamieci śnieżnych) chata nasza była kompletnie zasypana śniegiem, nawet komina nie było widać. Chodzili i jeździli po naszej chacie. Po takiej zamieci śnieżnej przychodzili Polacy i odkopywali nas w ten sposób, że robili tunel i schody ze śniegu, żeby wyjść na świat Boży. O studni i jej odkopaniu nie było co marzyć, brało się śnieg, topiło i to była woda do picia i gotowania. Te burze śnieżne były tak okropne, że jeżeli kogoś zastały na drodze to nie jeden zbłądził, a nawet zginął. Idąc koło siebie nie widziało się tej drugiej osoby. Trzeba było trzymać się pod rękę, żeby nie pójść w drugą stronę. W razie zagubienia się należało kierować się do pierwszej bliskiej chaty, żeby nie zginąć. Takie same burze tylko piaskowe były w lecie. W zimie mieszkaliśmy razem z cielakami, małymi owieczkami, kozami. W chlewie było tak zimno, że nawóz zamarzał w grudy. Krowę to babuszka okrywała derką – płachtą, a ta mimo to trzęsła się z zimna. więc wcześnie rano grzała wodę i dawała jej się napić, by choć trochę rozgrzała się, bo inaczej to stworzenie by nie wytrzymało. Garnuszek wody wylewało się w powietrze to spadały sople – lód. Wilki grasowały po całej wsi, dosłownie zaglądały do okien. Upały w lecie też dały się nam we znaki. Nie mieliśmy czym oddychać. Zlewaliśmy podłogę wodą i kładli się na ziemi . Bosą nogą nie było mowy, żeby stanąć na ziemię, bo się poparzyło. Nosiło się byle jaką podeszwę przywiązaną sznurkami. Najgorszy to był ten pierwszy rok, bo tak lato jak i zima dały nam dobrze w kość. Przecież nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego wybitnie kontynentalnego klimatu 50-60. stopni Celsjusza, zimą mrozu, a latem upału. Ale później byliśmy już bardziej praktyczni i po części przyzwyczailiśmy się – czyli nasz organizm powoli się zaaklimatyzował i wszystko w miarę znosił. Byliśmy już całkowicie zahartowani i przygotowani tak do zimy, jak i do lata. Przy oraniu na wiosnę przeziębiłam się tak, że nie mogłam oddychać i mówić. Pojechałam do lekarza na poliklinikę do Kustanaju oddalonego 50.km. Lekarz badając mnie powiedział, że nic nie słyszy, bo uszy mu zamarzły i z tym wróciłam do domu. Trzeba się było leczyć samej, sposobem i lekami domowymi, i z pomocą Bożą, którą doświadczaliśmy na każdym kroku. Po roku czasu dano nam pracę. Kopanie dołów na zdechłe bydło. Ponieważ lato było suche, bez deszczu, a słońce spaliło wszystką trawę i rosnące na stepie rośliny, więc nie było czym karmić bydła przez zimę. Predsiedatel (sołtys) pożyczał trochę paszy z kołchozów z innych terenów, ale nie wiele, bo im też była potrzebna. Efekt był taki, że przez zimę zdechło 12 tysięcy bydła, woły, konie, krowy, owce – za co predsiedatel był sądzony i dostał 12 lat więzienia. Praca była bardzo ciężka, a my przecież nie byliśmy przyzwyczajeni do takiej pracy łopatą i kilofem. Do pracy poszła młodzież polska; chłopcy i dziewczęta mający wówczas od 15 do 20 lat. Przychodzili Rosjanie patrzyć się jak te Polaczki pracują. Doły miału głębokość 8-10 m, z których wydostawaliśmy się za pomocą ustawionych łopat, sznura i pomocy naszych chłopców. Ja nie miałam siły (15 lat) wyrzucić tej ziemi z dołu na górę, więc nie jeden raz ta ziemia zasypywała mi oczy. Pot nam oczy zalewał i niejednokrotnie łzy, ale Rosjanie tego nie ujrzeli. Odnosząc pobrane narzędzia łopaty, kilofy do koniuszni (stajni) wracaliśmy zawsze ze śpiewem, choć ból serce rozrywał, a Rosjanie mówili: „job ich mati ale twardyje Polaczki”, a my padaliśmy z nóg, bo praca była ciężka ponad nasze możliwości, od rana do wieczora, i tylko za pajok – kawałek chleba. Po wykopaniu tych dołów, dali nam drugą pracę krojenie kiziaku. Tu wyjaśniam, jest to nawóz owczy, który owce przez zimę udeptują w bazie, a na wiosnę kroi się łopatą w prostokąty, wynosi na pole, ustawia w szachownicę i suszy się przez całe lato. Po wyschnięciu w zimie służy jako opał, ponieważ to kraj bezkresnych i przepięknych stepów, więc drzew nie ma żadnych… Zofia Gumiennik z domu Krysteli
 

Tragiczne przeżycia Janiny Goebel z domu Jurkiewicz podczas zesłania do ZSRR (1940-1942) i dalsze jej losy.

2010.02.12 19:51:25

Urodziłam się 13 kwietnia 1928 r. w Złoczowie, woj. tarnopolskie (obecnie Ukraina). Ojciec mój Józef Jurkiewicz był właścicielem piekarni w Złoczowie, matka Maria Jurkiewicz z domu Borecka była nauczycielką. Po wyjściu za mąż nie pracowała zawodowo, lecz udzielała się wiele społecznie. Pełniła funkcję radnej miasta Złoczowa, była przewodniczącą Kasy Biednych i wielokrotną przewodniczącą Kół Rodzicielskich w żeńskiej szkole powszechnej i w gimnazjum.
Miałam 6-ro rodzeństwa, w tym 3-ch braci o wiele starszych ode mnie (Longin, Adam i Stanisław) oraz 2-ch braci młodszych (Jerzy i Zbigniew, ur.1939 r.), a także jedną siostrę Alinę.
Do roku 1939 ukończyłam 5 klas szkoły powszechnej. W roku 1940, 13 kwietnia zostałam wywieziona wraz z mamą i młodszymi braćmi (Jerzym (6 lat) i Zbigniewem (9 mies.)) do Kazachstanu. Ojca mojego osadzono w więzieniu, a następnie już po naszej wywózce, skazano na 10 lat łagrów i wywieziono na Syberię. W Kazachstanie mieszkaliśmy w Kustanajskiej obłaści, Zatabolskim Rejonie, w wiosce Sadczykowce, nad rzeką Toboł.
Początkowo nie chciano nas Polaków nigdzie zatrudniać. Czekano na to, abyśmy się całkowicie wysprzedali z całego naszego dobytku. Musieliśmy sobie na własną rękę znaleźć mieszkanie u miejscowej ludności i opłacać je. Sadczykowka była wioską zamieszkałą przez Ukraińców, którzy w latach 30-ych, w ramach rozkułaczania zostali tu deportowani z Ukrainy rosyjskiej. Po jakimś czasie mama moja została zatrudniona przy budowie MTS (Maszinno Traktornaja Stancja), była tam pomocnikiem murarskim. Bardzo ciężko pracowała, nosząc cegłę na dość znaczne wysokości. Ja (12 lat) początkowo opiekowałam się braćmi, a potem gdy można ich było ulokować w „Jaśle" (odpowiednik naszego przedszkola), pracowałam przy sianokosach w stepie, przy kopaniu ziemniaków, w kuchni kołchozowej i mleczarni. Z trudem zaczęto przyjmować Polaków do kołchozu. Główną przyczyną był „polakożerca" - przewodniczący kołchozu, o pięknym nazwisku Krzyżanowskij. Kołchoz wydawał pracownikom 3 posiłki dziennie (bardzo słabe pod względem odżywczym i kalorycznym). Zapłata za pracę następowała dopiero jesienią po zbiorach i po rozliczeniu się z państwem z nałożonego kontyngentu, była to zapłata w naturze. Rozliczano kołchoźnikow wg tzw. trudadni. Praca trwała zazwyczaj od wczesnego rana do wieczora.
Po zawarciu umowy Sikorski-Majski w Londynie 30 lipca 1941 r., dotyczącej amnestii dla wszystkich Polaków więzionych w więzieniach i łagrach oraz przebywających na zesłaniu, nie mając żadnych szans przeżycia następnej zimy (już wojennej), mama moja zdecydowała się wyjechać z nami w kierunku Uzbekistanu. Należy tu nadmienić, że wiadomość o „amnestii" została nam podana przez naszego priedsiedatela sielsovieta (odpowiednik wójta) dopiero we wrześniu 1941 r.
Wyruszyliśmy w naszą podróż z początkiem grudnia 1941 r. Wojna sowiecko-niemiecka przybierała swój punkt kulminacyjny. Trwała ewakuacja Moskwy (pamiętam, że mówiła mi o tym moja mama), wszędzie panował chaos i głód. Pragnęliśmy, za wszelką cenę dostać się do miejsca tworzenia się naszej armii, pod dowództwem gen. Andersa, a także uciec od bardzo surowej zimy (często ponad -40˚C) i głodu. Podróż nasza była straszliwą gehenną i zakończyła się tragicznie. Na wielu stacjach wyczekiwaliśmy wiele godzin na pociągi, znosząc ogromne niewygody, głód i chłód (starszy brat Jerzy miał wówczas 7 lat, młodszy 2 i pół roku). W Troicku wsiedliśmy do pociągu na Czkałow (dawniej Orenburg). Tuż przed tą stacją (ok. 50 km) pociąg stanął w polu w zaspach. Była noc. Z daleka mrugały światełka z okien domostw wioski. Wobec zapewnień maszynisty, że czekamy na nową lokomotywę, duża grupa podróżnych podążyła ku wiosce w celu zdobycia jakiejś żywności. W grupie tej była też moja mama. Gdy oddalili się ok. 1 kilometra od pociągu, pociąg ruszył. Oni zostali bezradni, brnąc w śniegu. Nigdy więcej nie odnalazłam mojej mamy. Z grupką Polaków dojechałam do Uzbekistanu, do Katta-Kurganu. Opiekując się braćmi przy pomocy towarzyszących mi Polaków, wyrzuceni z pociągu siłą, zamieszkaliśmy na jakiś czas w przydworcowej czajhanie (dworcowa pijalnia herbaty, z pryczami do spania dla podróżnych). Z powodu epidemii wielu chorób (tyfus plamisty, czerwonka, dyfteryt itp.) władze Katta-Kurganu postanowiły rozrzucić podróżnych po okolicznych kołchozach. Nas tj. nas troje i zaprzyjaźnioną w drodze rodzinę, także ze Złoczowa, wysłano do miasteczka Mitan (Uzbekistan), skąd mieliśmy trafić do kołchozu.
W Mitanie, w szpitalu, pod koniec grudnia 1941 r. zmarli moi bracia (z objawów sądzę dziś, że był to dyfteryt). Grzebałam ich sama, przy pomocy jednej ze Złoczowianek. W szpitalu zaopatrzono nas w łopaty i wskazano kierunek szpitalnego cmentarza, gdzie grasowały różne zwierzęta i rozgrzebywały groby.
W kołchozie „Mołotów" przebywałam od połowy stycznia 1942 r. do kwietnia tego roku. Tam przeszłam tyfus plamisty. W jednej izbie, przydzielonej nam przez kołchoz, mieszkało 12 osób. Trzy osoby zmarły na tyfus. W tym matka 8-letniego Januszka Wawrzyniaka, żona oficera. Pochodziła z Poznania. W kołchozie pracowałam przy oczyszczaniu bawełny. W kwietniu 1942 r. po otrzymaniu wiadomości o powstaniu sierocińca polskiego w Katta-Kurganie wraz z osieroconym Januszkiem Wawrzyniakiem, opuściliśmy kołchoz i udaliśmy się pod opiekę sierocińca.
I tu też początkowo było głodno i bardzo prymitywnie, ale czuliśmy się bezpiecznie wśród wspaniałych naszych opiekunów. W bardzo trudnych warunkach zewnętrznych (ciągłe szantaże ze strony władz miejskich NKWD, odmawianie nam przydziału żywności itp.) potrafili oni stworzyć nam warunki rodzinne, rozpoczęli naukę, organizowali różne imprezy, a nawet zorganizowali harcerstwo. Wszystko w ciągu zaledwie paru miesięcy istnienia sierocińca na terenie Katta-Kurganu. Kierownik sierocińca (mąż zaufania Delegatury Polskiej) pan inż. Kanarowski oraz kierowniczka gospodarcza pani Kundycka, a także wychowawczyni i nauczycielka zarazem, prof. polonistyki z Uniwersytetu Jana Kazimierza (Lwów) p.Maciejewska, wszyscy pochodzili ze Lwowa. Byli to ludzie wielkiego serca i ducha. Do dziś wspominam ich z wielką wdzięcznością i łzą w oku.
Sierociniec nasz w Katta-Kurganie został zlikwidowany w początku sierpnia 1942 r. i przetransportowany, w towarzystwie polskiego wojska (Armia gen.Andersa) do Iranu.
Wyjazd nasz z Katta-Kurganu, który oznaczał jednocześnie wydostanie ok. 100 dzieci sierot z „piekła sowieckiego" i uratowanie im życia, wiązał się z ogromnym heroizmem i determinacją personelu sierocińca, a przede wszystkim Męża Zaufania p.inż.Kanarowskiego. W pierwszych dniach sierpnia 1942 r. około godz. 15-ej nasz kierownik otrzymał telegraficzną wiadomość z naszej Delegatury (nie wiem, czy z Taszkientu, czy z Samarkandy), że wczesnym rankiem następnego dnia przez Katta-Kurgan, będzie przejeżdżał pociąg z wojskiem polskim, kierujący się do Krasnowodska nad M.Kaspijskim, w którym zarezerwowane są miejsca dla sierocińca. Czas naglił. Trzeba było błyskawicznie rozpocząć likwidację sierocińca, co utrudniały emocje i szał radości, który opanował wszystkie dzieci, a także dorosłych. Niedługo jednak było nam dane radować się wspaniałą wizją ocalenia. Około godziny 16-ej zjawili się w sierocińcu dwaj NKWD-dziści z wiadomością o zakazie wyjazdu sierocińca pod rygorem aresztowania całego personelu i wcielenia sierocińca polskiego do miejscowego (sowieckiego). Wiadomość ta wprawiła wszystkich w nastrój rozpaczy i beznadziejności. Jedynie kierownik nie tracił ducha. Z wielkim spokojem i opanowaniem, nie budząc żadnych podejrzeń, obiecał funkcjonariuszom NKWD zastosować się do ich poleceń.
Wieczorem zwołał „tajną naradę" dorosłych (personel) i starszych dzieci i przedstawił swój desperacki plan ucieczki sierocińca. Chodziło o to, aby niepostrzeżenie przeprowadzić dzieci nocą w pobliże dworca kolejowego. Plan ten wyglądał następująco. Wszystkie dzieci zostały podzielone na grupki 4- do 5- osobowe. W każdej z nich było zawsze 2-je dzieci starszych od 14-tu do 16-tu lat i 3-je małych, nawet dwuletnich. Te małe miały otrzymać na drogę kromkę chleba, aby były spokojne. Droga nasza, z peryferii miasta do dworca, prowadziła przez most dla pieszych, bardzo długi i wąski (ok. 2m szerokości), przerzucony nad budowanym przez więźniów kanałem. Z powodu trwającej wojny roboty zostały wstrzymane. Następnie, po przekroczeniu kanału, biegła droga jakby wąwozem, utworzonym z wydobytej ziemi z kanału. Stąd do dworca kolejowego Katta-Kurgan było jeszcze około 1 km. Przebycie tej drogi nawet w dzień wiązało się z wielkim ryzykiem. Uzbecy bardzo często obrzucali nas bryłami zeschniętej gliny. Zdarzały się również pobicia. Toteż zadanie przejścia nocą gromadek dzieci było ogromnym ryzykiem. Pan inż. Kanarowski, lustrując uprzednio teren przy dworcu, jako miejsce naszej zbiórki, wyznaczył plac budowy (duży teren), ogrodzony wysokim płotem. Niezauważony przez nikogo wyłamał kilka desek w płocie, aby nam ułatwić wejście do naszego schronienia. Potajemna ewakuacja sierocińca trwała parę godzin nocnych. Co 15 minut wychodziła grupka dzieci z terenu sierocińca, zmierzając ku „wolności". W tym czasie w sierocińcu było też wiele dzieci chorych, które miały być przeniesione na dworzec przez personel. Januszek Wawrzyniak, którego matka zmarła w kołchozie „Mołotow" koło Mitanu, i z którym ja przyjechałam do sierocińca przed paru miesiącami, zmarł w momencie, gdy przygotowywano go do transportu na dworzec. Był bardzo wycieńczony biegunką (pelagra - awitaminoza wit. PP). Czekałam na niego z niepokojem na dworcu, mając przy sobie jego walizeczkę ze zdjęciami rodzinnymi z Polski. Zmarł nie doczekawszy lepszych czasów. Jeszcze w ciemnościach nocy, cały sierociniec w wielkiej dyscyplinie i ciszy, zebrał się na placu budowy, za wysokim płotem, oczekując pociągu „zbawienia". Pan Kanarowski stał na czatach, aby z chwilą pojawienia się pociągu, w porę zawiadomić nas sygnałem gwizdka. Mieliśmy wówczas szybko wyskoczyć zza płotu budowy i kierować się na peron, pokonując rachityczne, pochylone ogrodzenie. Wszystko to miało odbywać się przy akompaniamencie wrzasku i okrzyków hurra! Chodziło o wprawienie w osłupienie i zaskoczenie pracowników dworca.
Plan w pełni się udał. Nasi żołnierze, widząc rozwrzeszczaną dziatwę, biegnącą w kierunku pociągu i energicznie zajmującą miejsca w wagonie, przywitali nas „smakołykami" w postaci sucharków wojskowych, rzucanych nam przez okna pociągu.
Przypuszczali oni, że okrzyki hurra! są na ich powitanie. W tym czasie, zaskoczony, niespotykaną o tej porze wrzawą, personel dworca, wyległ na peron. Oczywiście pociąg został wstrzymany na jakiś czas, do pojawienia się dwóch funkcjonariuszy NKWD. Nic nas już nie obchodziło, byliśmy przecież pod opieką naszego wojska. W krótkim czasie doszło do spotkania naszego kierownika ze „stróżami porządku sowieckiego". Odbyło się wszystko, cała rozmowa, na oczach wyglądających przez okna pociągu, żołnierzy polskich. Na usilne żądania dzieci, które mimo swojej małoletniości posiadały ogromne doświadczenie życiowe, kierownik nasz nie oddalał się od pociągu. Pozostawał na stopniach wagonu. Początkowo rozmowa była głośna i burzliwa. NKWD-ziści wyrażali swoje duże niezadowolenie z niewykonania rozkazu. Ostatecznie okazali swoją bezsiłę wobec całego pociągu wojska i transport nasz ruszył w kierunku Krasnowodska. Funkcjonariusze NKWD obłudnie machali nam ręką na pożegnanie i życzyli szczęśliwej podróży.
Tak szczęśliwie zakończyła się batalia o wolność i życie około stu sierot polskich, które, choć mocno jeszcze przetrzebione w drodze wyrwały się z „piekła sowieckiego" i zaznały godnego, ludzkiego życia. Wszystko to stało się za sprawą kierownika sierocińca polskiego w Katta-Kurganie, męża zaufania Delegatury Polskiej w Uzbekistanie, który wraz ze swym personelem w 100% spełnił swój obywatelski obowiązek wobec cząstki - garstki najsłabszych, młodocianych obywateli, skazanych przez zbrodniczą machinę sowiecką na zagładę.
Pan inż. Kanarowski wraz z żoną, oboje już raczej leciwi, przebywał jakiś czas w obozie cywilnym w Teheranie. Podobno miał jakieś nieprzyjemności związane z administrowaniem sierocińca w Katta-Kurganie. Bardzo się tym przejął i wkrótce tj. pod koniec roku 1942 zmarł w Teheranie.
Brak wyobraźni ze strony jego zwierzchników, nie pozwolił im docenić tego wspaniałego Człowieka, który nie bacząc na ogromne zagrożenie osobiste, a także swojej żony, podjął się tak niebezpiecznego i trudnego zadania. Należałoby tu także wspomnieć o tym, że nasz transport z Krasnowodska do portu irańskiego Pahlevi był ostatnim. Potem granica została zamknięta i rozpoczęły się represje w stosunku do Polaków ze strony władz sowieckich. Jeżeli chodzi o dzieci z sierocińca w Katta-Kurganie (Uzbekistan) już w Pahlevi zostały one rozproszone i wieloma transportami trafiły do Teheranu. Stamtąd rozjeżdżały się w różnych kierunkach. Część, dzieci starsze, wyjechały do junaków do Palestyny, część do Płd. Afryki, Indii, niektóre do Isfahanu (Środkowy Iran), wśród których byłam ja. Przebywałam tam od początku 1943 roku do września 1945 roku tj. do likwidacji obozów sierot polskich w Isfahanie i przetransportowanie ich do Libanu.
Isfahan (środkowy Iran) - leży na rozległej wyżynie u stóp wyniosłych Gór Zagros, nad rzeką Zajandernd. Polacy upraszczając tą nazwę, nazywali tę rzekę po prostu „Dajandrut". Isfahan to drugie miasto po Teheranie, dawna stolica Persji (XVII w.). Posiada wspaniałe zabytki architektoniczne (głównie meczety). Jest ośrodkiem kulturalnym, jeden z głównych ośrodków przemysłowych i wyrobu dywanów perskich. W roku 1942 powstało w Isfahanie 20 zakładów dla sierot polskich z ZSRR oraz Szpital - Zakład Administracji itp. Przebywało tam okresowo około 3 tys. sierot polskich. Podlegaliśmy Delegaturze Rządu Polskiego w Londynie. Wspierał nas Watykan i Ambasada Angielska w Teheranie. Wszyscy przeszliśmy przez „piekło" sowieckie, to też sieroty polskie znalazły tam opiekę, dużo troski i serca swoich wychowawców.
Mieszkałam na początku z Zakładzie nr 6 (szkoła powszechna dla dziewcząt), w dzielnicy Ormiańskiej („Dzulfa"). Uczęszczałam tam do klasy 5-ej i 6-ej. Potem uczęszczałam do gimnazjum w Zakładzie nr 2. Ukończyłam tam do roku 1945 dwie klasy gimnazjum ogólnokształcącego. W Isfahanie ukończyłam także kurs drużynowych, prowadzony przez instruktorów przybyłych z Włoch (z wojska polskiego). Był wśród nich obecny kapelan „Rodzin Katyńskich" i „Sybiraków" ks. Zdzisław Peszkowski. Wówczas nie był jeszcze księdzem.
W roku 1944 odnalazł mnie w Isfahanie, przez Polski Czerwony Krzyż, mój stryj. Był on wówczas Delegatem Ministra Pracy i Opieki Społecznej (rządu Londyńskiego) w Bernie. Załączam dokument (zał. nr 1), w którym Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej w Londynie informuje mojego stryja o moim pobycie w Isfahanie, przesyła mu list ode mnie oraz opinię mojej dyrektorki (gimnazjum) p. Krzyżanowskiej o moich wynikach w nauce i moim zachowaniu.
Od tego czasu stryj mój dr Stanisław Jurkiewicz informował mnie, co dzieje się w Warszawie, jak czuje się moja stryjenka i moja siostra Alina (Dusia). Siostra moja, po zajęciu przez Niemców całej Polski w roku 1942, opuściła dziadków w Sądowej Wiśni (pod Lwowem) i udała się do Warszawy. W Isfahanie przebywałam do września 1945 roku. Następnie, w związku z likwidacją polskich zakładów po wojnie, przewieziono nas do Libanu. Podróż była bardzo ciekawa i urozmaicona. Najpierw autokarami przez wysokie góry do świętego miasta, muzułmanów Qum, potem kolejką wąskotorową do Ahwazu (w delcie rzek Tygrysu i Eufratu). Po parotygodniowym pobycie w Ahwazie przewieziono nas do Basry (Irak), stamtąd do Bagdadu (pociągiem). Z Bagdadu specjalnymi autokarami (Nera) przez pustynię do Damaszku (Syria) i wreszcie autokarami przez góry do Bejrutu (Liban). Ulokowano nas w osiedlu arabskim w górach Zouk Michael. Mieszkałam tam z rodziną mojej koleżanki i uczęszczałam do 3 klasy gimnazjum, które ukończyłam.
We wrześniu 1946 roku, dzięki staraniom mojego stryja wyjechałam statkiem do Marsylii, a następnie pociągiem do Genewy, gdzie mieszkali moi stryjostwo. Po wojnie stryjenka dołączyła do stryja. W grudniu 1946 roku opuściliśmy Szwajcarię i wyjechaliśmy do Warszawy. Ojciec mój był wówczas we Włoszech w Armii gen. Andersa i nie podjął jeszcze decyzji odnośnie swojej przyszłości.
W lutym 1947 roku, mieszkając u mojej cioci w Zakopanem, zdałam małą maturę i w tym samym roku rozpoczęłam naukę w Liceum Hotelarskim w Warszawie. Po ukończeniu Liceum pracowałam do 1952 roku w Sanatorium Akademickim w Zakopanem. Studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Częstochowie, Wydz. Technologia Żywienia, rozpoczęłam w 1952 roku - ukończyłam w roku 1956, uzyskując tytuł inżyniera technologa żywienia. W tym samym roku rozpoczęłam pracę w Instytucie Gruźlicy w Warszawie w charakterze asystenta do spraw żywienia w sanatoriach przeciwgruźliczych. W roku 1958, po wyjściu za mąż wyjechałam do Gdyni, gdzie mój mąż - inżynier budowy okrętów Tomasz Goebel pracował w Stoczni Marynarki Wojennej, jako oficer - inżynier.
Pracę w Gdyni rozpoczęłam w szkolnictwie, w Technikum Hotelarskim jako nauczyciel dietetyki i technologii żywienia. Od roku 1969 rozpoczęłam pracę starszego wykładowcy (zasady żywienia i technologia żywienia) w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni (WSM). Tytuł magistra towaroznawstwa zdobyłam zaocznie w Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.
W ramach mojej pracy w WSM odbyłam 3 wspaniałe rejsy po Europie, a także zwiedziłam północną Afrykę. Od roku 1986 przeszłam na emeryturę.
1. wychowanków, w bardzo obszernej książce wydanej w Londynie w 1987 roku, pod tytułem: "Isfahan miasto dzieci polskich". Książkę tą wydało Koło Wychowanków Szkół Polskich Isfahan i Liban.
1. Wspomnienie Janiny Jurkiewicz Goebel drukowane są w książce Zbigniewa Siemaszko pt.: "Świadkowie przeżyć sowieckich. 1939-1946 r. Londyn 1999. Polska Fundacja Kulturalna.
2. Córka Złoczowianki Izabelli Raph - Jagna Wright, dziennikarka z Londynu sfilmowała fragment wspomnień Janiny Jurkiewicz Goebel w filmie pt. „The forgotten Odyssey" (zapomniana Odysea).
Janina Goebel

Miasteczko Kresowe Brzeżany

2010.02.12 19:20:42

- pierwsza wzmianka pojawia się już w 1375 r. Brzeżany związane są z rodziną Sieniawskich, którym zawdzięczają swoje istnienie. To oni doprowadzili do lokacji miasta w 1530 r., a w 1554 r. zbudowali zamek. Zamek wielokrotnie bezskutecznie był szturmowany przez wojska kozackie, tatarskie i tureckie. Dla ożywienia gospodarczego sprowadzili Ormian, wypartych jednak przez Żydów. Był to ważny punk handlowy między Polską i Turcją. W 1772 r. miasto włączone zostało do zaborcy austriackiego.
Ciekawostką jest to, ze w 1886 r. w pobliskich Leśnikach urodził się Rydz- Śmigły, późniejszy marszałek Polski. Podobno to on w młodości namalował wizerunek Matki Boskiej, znajdujący się na fasadzie kościoła ormiańskiego. Był nieślubnym dzieckiem prostej kobiety (zawodowej praczki), a ponieważ był bardzo uzdolniony wspierała go w okresie gimnazjalnym zacna rodzina ormiańska Uranowiczów, u której mieszkał. Uzdolnienia malarskie pozwoliły mu ukończyć Warszawską Akademię Sztuk Pięknych.
Przed wojną miasto zamieszkiwały trzy nacje. Polacy i Żydzi stanowili po 40% ludności, a Ukraińcy 20%. W czasie II wojny światowej okupowane były przez Sowietów, a od 1941 przez hitlerowców. Wówczas Brzeżany stanowiły duży rejon działalności Armii Krajowej. W powiecie Brzeżańskim i w samym mieście z rąk „banderowców" zginęło bardzo dużo Polaków.