Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Biblioteka Złoczowska

piątek, 11 grudnia 2009 19:18

Lwowskie godziny

2009.12.11 19:14:20  
 
Wrzesień 2004 Kira Gałczyńska- była dzennikarka, wydała szereg książekZacznę od pewnej opowieści, brzmiącej dziś jak anegdota. Jest rok 1968, sierpień, wojska pięciu krajów Układu Warszawskiego wkraczają do Czechosłowacji celem zdławienia dubczekowskiej „praskiej wiosny". Polska jest jednym z uczestników agresji; dobrosąsiedzkie, a czasami po prostu przyjazne stosunki Polaków, Czechów i Słow...

Wrzesień 2004
Kira Gałczyńska
- była dzennikarka, wydała szereg książek


Zacznę od pewnej opowieści, brzmiącej dziś jak anegdota. Jest rok 1968, sierpień, wojska pięciu krajów Układu Warszawskiego wkraczają do Czechosłowacji celem zdławienia dubczekowskiej „praskiej wiosny". Polska jest jednym z uczestników agresji; dobrosąsiedzkie, a czasami po prostu przyjazne stosunki Polaków, Czechów i Słowaków, te na przeciętnym szczeblu obywatel-obywatel, zastępuje, co zrozumiałe, niechęć, by nie powiedzieć - wrogość. Podróż samochodem przez gościnną kiedyś Czechosłowację może nieść wiele niespodzianek...
Jesienią pamiętnego 1968 roku jechałam z mężem po raz pierwszy do Grecji. Jak większość Polaków zaplanowaliśmy podróż przez Ukrainę, Rumunię, Jugosławię do Grecji, co okazało się bezsensownym nadłożeniem drogi. Ale panika jest zjawiskiem irracjonalnym. A poza tym, bardzo chcieliśmy zobaczyć Lwów: ja po raz pierwszy, zaś dla mojego męża miała to być podróż sentymentalna. Lata wojny spędził na podróżach pomiędzy Warszawą i Lwowem, dowożąc broń i inne „zabronione towary" akowskiemu podziemiu. Jego peregrynacje zakończyło aresztowanie i pobyt w sławnym miejscu odosobnienia - w więzieniu na Łąckiego. Ale to jakby już inna zupełnie opowieść.
A więc po sporych trudnościach, na pustej, wypełnionej jedynie przez polskie samochody granicy w Medyce, dotarliśmy koszmarnymi drogami do Lwowa. Z hoteli znaliśmy jedynie najsławniejszy hotel „George". I o dziwo, dostaliśmy pokój. Nie czas i miejsce na opisywanie standardu tego lokum A.D. 1968. Pomyślałam jedynie, że dobrze, iż zachowały się opisy jak tu kiedyś bywało...
Mogliśmy wówczas, jako „tranzytowcy", przebywać na Ukrainie przez 48 godzin. Czas ten wykorzystaliśmy co do minuty. Obejrzałam, co mogłam, zrozumiałe jedynie z wierzchu, z zewnątrz, bo o wejściu do żadnego kościoła nie było co marzyć. Przyjrzałam się dokładnie pomnikowi Lenina stojącemu na marmurowej mównicy przed Teatrem, poszliśmy na Wuleckie Wzgórza i na Łyczakowski cmentarz (zakradaliśmy się tam jak przestępcy przez dziury w wysokich płotach, którędy w to miejsce docierali przed nami niepoprawni przybysze z Polski), aby pomilczeć przy grobach Wielkich i w miejscu kaźni polskich naukowców; z rozrzewnieniem słuchaliśmy polskich rozmów na ulicach, chętnie przystawaliśmy na krótkie pogaduchy, od których lwowiacy nie stronili. Na wyjezdnym ze Lwowa mój mąż usiłował na różne sposoby przechytrzyć posterunki milicji drogowej na rogatkach, żeby zjechać na drogę prowadzącą do Żółkwi. To stare piękne miasteczko nie leżało jednak na naszej „tranzytowej" trasie, dlatego GAI nie pozwoliło nam zjechać z głównego traktu. Ale jednak wjechaliśmy w tę wąską drogę, umykając, jak nam się wydawało, czujnemu oku ukraińskiej milicji. Po dwóch kilometrach dojechaliśmy do głębokiego i szerokiego rowu: drogę po prostu rozkopano i aby kontynuować jazdę, trzeba by było przenieść samochód... Wydawało mi się, że słyszę tubalny rechot milicjantów GAI...
Jest wrzesień 2004 roku. Stoję na żółkiewskim rynku, patrzę na niezwykłą jego zabudowę, na pałac, kolegiatę, basztę murów obronnych, kościoły, na uratowaną niemal wbrew wszystkim i wszystkiemu substancję miasta zbudowanego przez jednego z największych obywateli Rzeczypospolitej... I, mimo woli, powraca pamięć o tamtej nieudanej wyprawie sprzed blisko 40 lat... A jednak dotarłam tu. W innej zupełnie epoce, sama, z własną pamięcią, nowymi doświadczeniami...
I w celach nie tylko turystycznych.
Na kilkadziesiąt godzin do Lwowa i okolic zostałam zaproszona przez Klub Złoczowski i Stowarzyszenie „Wspólnota Polska", na finały VII Konkursu Poezji i Prozy Polskiej na Ukrainie. Brzmi to bardzo uczenie, trochę nazbyt pompatycznie. A chodziło po prostu o szkolny konkurs recytatorski, w którym ponad trzydziestka uczniów polskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych ze Lwowa i regionu lwowskiego - m.in. z Borysławia, Złoczowa, Krzemieńca, Kamieńca Podolskiego, Czortkowa, Stanisławowa, Kałusza, Doliny, Bolechowa, Kołomyi, Użhorodu trudno tu wymienić wszystkie miejscowości - mówiła polską poezję, tym razem wybrane utwory Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Juliusza Słowackiego. Grupie jurorów przewodniczył Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, a wraz z nim kilkadziesięcioro finalistów oceniali m.in. Anna Dymna, Teresa Starmach (szefowa krakowskiego oddziału Wspólnoty Polskiej), prezes Klubu Złoczowskiego - Roman Maćkówka oraz niżej podpisana.
Podobnemu konkursowi przysłuchiwałam się po raz pierwszy. Moje szczególne zainteresowanie budził dobór wierszy, a potem najbardziej osobiste ich powiedzenie, przekazanie. Niestety, nie zawsze odnalazłam to, na co czekałam, coś, co wykraczałoby poza podręcznikowe wypisy, co informowałoby o szczególnym poetyckim słuchu nauczyciela. Bo przecież to od niego w ostatecznym efekcie zależy taka czy inna lektura ucznia, jego nie tylko naskórkowe, płytkie, powierzchowne wchodzenie w magię wiersza. Więcej: w sytuacji dzieci polonijnych na całym chyba świecie, to nauczyciel może i powinien sprawić, że język ojców i dziadów nie będzie brzmiał obco. I doświadczaliśmy tej prostej prawdy podczas słuchania finalistów lwowskich finałów.
O sobie i swoich wrażeniach mogę napisać tyle: niektórzy młodzi wykonawcy dostarczyli mi wielu wzruszeń - autentycznych, głębokich, szlachetnych. Przeżywałam ich tremę, ich niełatwe próby własnego spojrzenia i zrozumienia tego, co ich w danym wierszu zafrapowało szczególnie, wydobycie uśmiechu, który autor szczodrze w swych utworach porozmieszczał, ich poddanie się magii słowa poetyckiego. I to chyba było dla mnie najważniejsze. Owa magia nagle zadomowiła się w małej salce Polskiego Teatru we Lwowie, wypełniła ją, zaczarowała... Płynęła ze sceny, od dziewczyny czy chłopaka, którzy właśnie na tej scenie, przełamując zahamowania i tremę, opowiadali słowami poety o tym, co w wierszu najpiękniejsze...
Młodzi dopisali, nie zawiedli, to oni ten kolejny trudny egzamin zdali znakomicie. Jeśli coś, według mnie, zazgrzytało, to postawa nauczycieli. Byli niemal niewidoczni na odczytaniu werdyktu jurorów, nie potrafili nawiązać najprostszej rozmowy o samym konkursie, o swoich wychowankach, o mówieniu poezji dziś, w roku 2004, nie przyszli na niezwykły koncert poetycki w wykonaniu Anny Dymnej i Krzysztofa Orzechowskiego, wzbogacony o recital pianistyczny Marii Baki-Wilczek. Wieczór niezwykły i wzruszający pod każdym względem! A przecież obecność tych dwojga artystów (a szczególnie Anny Dymnej, którą nazywam instytucją poetycką w polskim teatrze współczesnym, choćby ze względu na jej miłość do poezji, co w dzisiejszych czasach nie jest ani codziennością, ani tym bardziej realizowaną wśród aktorów praktyką), tworzyła wprost niebywałe okazje i możliwości. I - aż trudno uwierzyć! - nikt z tego nie skorzystał! Zadziwił mnie także brak widzów-słuchaczy, Polaków, których we Lwowie nie brakuje. Co sprawiło brak zainteresowania mediów? Jak oznajmili organizatorzy, informacja o imprezie: o przesłuchaniach, a następnie o koncercie zapowiadana była przez Polskie Radio Lwów, a także plakaty w języku polskim i ukraińskim wcześniej były rozpowszechnione osobiście przez przedstawicieli teatru. Jestem przekonana, że podobnie niezwykłe imprezy nie odbywają się we Lwowie, co tydzień, więc dlaczego takie małe zainteresowanie młodzieży z polskich szkół!? W czasie rozdania nagród i w koncercie poetyckim wziął udział Konsul tamtejszego konsulatu polskiego, natomiast zupełnie zabrakło przedstawicieli lwowskich organizacji polskich. Dlaczego imprezę zignorowano? Coś niedobrego dzieje się wśród tamtejszej społeczności polskiej!
Jeszcze jeden osobisty akcent. Po przesłuchaniach, po rozdaniu nagród (a były pod każdym względem imponujące, zaś dla mnie szczególnie miłe, bowiem każdy z uczestników otrzymał tom poezji K.I.G.) podeszła do mnie Maria Sira z Kamieńca Podolskiego i wręczyła mi rękopisy wierszy, które pisze od kilku lat. Był to najbardziej wzruszający dla mnie gest: szlachetnie prosty, piękny i tak niespodziewanie bogaty, bo obdarowujący mnie zaufaniem. Czy nie nadmiernym? Wiersze Marii stanowią dla mnie najbardziej niezwykłą pamiątkę moich lwowskich godzin. Dziękuję Ci za nią, Mario.
* * *
A później, przez następne godziny chodziłam po Lwowie podziwiając to, czego nie widziałam wcześniej. Dzielnicę ormiańską, zadbane i czyste Wały Hetmańskie, Teatr, niezwykłą architekturę secesyjnych kamienic. Targi bukinistów i lwowskie pchle targi. Wreszcie Cmentarz Łyczakowski i Orlęta - zadbane, uporządkowane, jakże inne od obrazu zabranego z tego miejsca z połowy lat 80-tych (to mój drugi tu pobyt, a zawdzięczam go Jerzemu Janickiemu), kiedy Energopol dopiero przystępował do swego wielkiego dzieła odbudowy tego świętego dla Polaków miejsca. Cieszyły mnie przybywające tu dziś jedna za drugą wycieczki z Polski, smucił stan starego cmentarza, zwiększająca się (zwłaszcza przy głównych alejkach) ilość Ukraińców pochowanych w polskich do niedawna grobach... Jak to dobrze - myślałam - że przed laty profesor Stanisław Nicieja sporządził swoją niezwykłą benedyktyńską dokumentację o łyczakowskiej nekropolii... Pozostał przynajmniej dokument, którego wartość trudno przecenić w dzisiejszej sytuacji znikających polskich grobów. I jeszcze odnotowuję fakt, że grobowce Gabrieli Zapolskiej czy Artura Grottgera wymagają natychmiastowej interwencji konserwatorskiej. Ktoś się tym musi zająć! Bez odkładania sprawy „na później".
Poza „muśnięciem" Lwowa, dane mi było zobaczyć zamek w Olesku - miejsce urodzenia jednego z najsympatyczniejszych naszych królów - Jana III Sobieskiego, odbudowany po pożarze, zagospodarowywany troskliwie, opowiadający bez natrętnych przemilczeń historię tego miejsca. Przewodnik jest rzeczowy, kompetentny, zorientowany w temacie. A ja wciąż myślę o „przemilczeniach", których klasycznym, chorym przykładem pozostanie dla mnie tablica na ścianie pałacu w Żółkwi. Mówi tyle, że to cenny zabytek z XVI wieku. Przez kogo i dla kogo budowany - na ten temat tablicowy autor milczy!
I jeszcze jedna eskapada, dla mnie najważniejsza - do Krzemieńca. Ale najpierw przystanek w monumentalnej Ławrze Poczajowskiej. Kilkanaście cerkwi, dzwonnic, sporo malowniczych monachów, popów, monachiń. Stragany ze wszelkimi możliwymi dewocjonaliami, ale nie tylko. Jest niedziela, tysiące pątników, wycieczkowiczów, modlących się wiernych. Do Marii Poczajowskiej, która jak większość starych rosyjskich ikon, ma surowy, niemal chmurny wyraz twarzy, długa kolejka wiernych, pragnących przez moment choćby pobyć sam na sam ze słynącym z cudów obrazem. Stoję z boku, obserwuję przesuwający się w skupieniu tłum i nagle przypomina mi się Zofia Kucówna sprzed wielu lat, grająca tę właśnie Madonnę... Jakże odległe, nieoczekiwane skojarzenia. Całość Ławry przypomina Siergiejew Posad (za czasów radzieckich miejsce to nazywało się po prostu Zagorskiem - od nazwiska człowieka, który za wszelką cenę pragnął ograniczyć wpływ tego świętego dla Rosjan miejsca, zamykając cerkwie czy po prostu dostęp do niego. Jego pomnik stoi do dzisiejszego dnia przed wjazdem do miasta!), pod Moskwą, gdzie w jednej ze świątyń pyszni się ikonostas namalowany przez samego Rublowa...

* * *
No a potem - już tylko Krzemieniec, do którego fizycznie dotarłam po raz pierwszy. Jeszcze nie tak dawno w warszawskim Muzeum Literatury oglądałam meble, które czekały na transport do dworu Juliusza Słowackiego. Ten stary dwór odbudowywał także Energopol, teraz chodzę po pokoikach, popatruję na ekspozycję, niechętnie słucham wyjaśnień uroczej i mądrej pani Jadwigi. Chcę być sama, niemal mechanicznie spoglądam na dagerotypy, na sztychy, znane mi meble; moje myśli zaprzątają powracające, dobrze znane od dziesiątków lat wersy, dzięki którym jestem niemal u siebie:
Komnata,
Pełna obrazów, świec, kadzideł i ziela,
Jakby z innego podziemnego świata
Z ziemi kryształów, kruszców...
albo
Już przypomniawszy gniazdo me na wschodzie
Wołałem ręką krzemienieckiej góry...
albo:
Lecz póki Ikwa ma rodzinna płynie,
Wezbrana łzami po tych, którzy mieli
Serce i ducha...

Przez jedno z okien widać Liceum Krzemienieckie; zasadzone na jego terenie krzaki róż mają przypominać, że tu kiedyś stał dwór, w którym urodził się autor Beniowskiego. Tuż wyżej, na Górze Bony, panna w ślubnej sukni składa kwiaty... Podobno przynosi to nowożeńcom szczęście...
Wszystkie moje dobre myśli zostawiam w tym miejscu, wszystkie życzenia najlepsze kieruję do ludzi opiekujących się Pana Juliuszowymi śladami. Niech z ich prywatnych bibliotek korzystają młodzi, niech słuchają opowieści w pięknej, żyjącej już tylko w krzemienieckiej stronie polszczyźnie. Niech wędrują po śladach zapisanych w wielkiej poezji i niech ona choć w niewielkim stopniu wypełni im życie. Niech na te ślady wstępują młodzi, którzy spotykać się będą na kolejnych lwowskich biesiadach poetyckich. Musimy zrobić wszystko, my, Polacy w kraju, aby te konkursy trwały, aby polskim szkołom na Ukrainie nie brakowało podręczników, naszej pomocy i naszego konkretnego, codziennego współdziałania. Jesteśmy im to winni.

Z Florydy na Podole

2009.12.11 19:08:58

Wrzesień 2004 Jadwiga Ancaya- lekarz dermatolog Eduvigia Ancaya, czyli ja, Jadwiga Orzechowska, jestem łodzianką, mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Po opuszczeniu Polski w 1946 r. z powodów politycznych, wraz z matką Mirosławą i bratem Januszem, który uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, jako czternastoletni chłopiec, dostaliśmy się do Włoch. Ojciec, Stefan Orzechowski, kapitan odznaczo...
Wrzesień 2004
Jadwiga Ancaya
- lekarz dermatolog


Eduvigia Ancaya, czyli ja, Jadwiga Orzechowska, jestem łodzianką, mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Po opuszczeniu Polski w 1946 r. z powodów politycznych, wraz z matką Mirosławą i bratem Januszem, który uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, jako czternastoletni chłopiec, dostaliśmy się do Włoch. Ojciec, Stefan Orzechowski, kapitan odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, sprowadził rodzinę do Forli (Włochy) z pomocą A. Perelberga, przewodnika z armii generała W. Andersa.
Ja po studiach medycznych w Buenos Aires, w 1963 r. wyemigrowałam do USA.
Wróciłam z fascynującej podróży i jestem już na drugiej półkuli naszego globu. Tutaj, na Florydzie, wszystko jakby się zmieniło. Jadąc samochodem do pracy widzę sady pomarańczowe spustoszone czterema huraganami, słupy wysokiego napięcia poskręcane jak korkociągi i leżące na ziemi. Słucham Ireny Santor śpiewającej „Jesienne Róże" i zastanawiam się nad płynącymi z odbiornika radiowego słowami, „Tak niedawno był maj, byliśmy tak szczęśliwi... Któż te dni znów ożywi?"
Zamiast drzew pomarańczowych pokazują mi się przed oczami tabliczki na ścianach budynków we Lwowie, groby na cmentarzu Łyczakowskim, oraz widoki Zbaraża i Zaleszczyk. Dla mnie, należącej do amerykańskiej Polonii i wędrującej po świecie od 1946 roku, tegoroczna, wrześniowa, podróż na Kresy z grupą przyjaciół z „Klubu Zloczowskiego" była bardzo, bardzo cennym wydarzeniem, które wspominam nieustannie.
Myśli moje biegną do opowiadań mego ojca o Kresach, sama bowiem nie znałam tych ziem aż do tego roku. Puszczam kasetę, w której ojciec opisuje przedwojenne wycieczki letniskowe z Łodzi do Zaleszczyk i podróże do Lwowa, a wszystko to gwałtownie się urwało, także we wrześniu, nieszczęsnym wrześniu, 65 lat temu, kiedy wojska sowieckie napadły na Polskie Kresy Wschodnie! A tyle uczuć i nostalgii widziałam w oczach przyjaciół z „Klubu Zloczowskiego", jakby ta tragedia odegrała się wczoraj. A było w naszej grupie tylko kilka starszych osób, które Lwów pamiętają, lecz ci młodsi patrzyli na miasto dawnej kultury polskiej oczami swoich przodków.
Nie mogę wyjść z podziwu jak Polacy, przez tyle lat cierpienia pod rządami komuny, potrafili rozwinąć i utrzymać pozytywny sens dobrego humoru i koleżeństwa. Widziałam to na każdym kroku w czasie naszej podróży na Kresy, z jakim to filozoficznym spokojem podchodzili do obecnej sytuacji, podczas kiedy ja kipiałam w sobie.
Lwów zaszokował mnie swą bogatą, acz tragiczną historią i swą smutną obecnie rzeczywistością. Moje pierwsze wrażenia, to odrapane i ohydne bloki przy wjeździe do miasta i ta babina - Polka, która do mnie podeszła żebrząc na ulicy, jakby dusza czyjaś błagająca o powrót tego co było.
Rozczarowanie moje szybko prysło i serce mi mocniej zabiło, gdy przy Katedrze Ormiańskiej zobaczyłam napis wyryty na tablicy w ścianie.
Blisko sali, gdzie pani Anna Dymna i jej mąż, Krzysztof Orzechowski pięknie recytowali poezje dla Polaków ze Lwowa, znów odkryłam słowa wyryte w murze przyulicznym: „SZPITAL ŚW ŁAZARZA. NA CHWAŁĘ PANU BOGU I NA URATOWANIE UBOGICH CHORYCH. OD BRACTWA RÓŻAŃCA..."
To polska ręka napisała! Ślady nasze zostały wyryte w murach, jako pieczęć wieczna. Ślady w postaci pięknych kościołów, pałaców, kamienic, pomnika Mickiewicza, i w fasadzie Starego Teatru. Przecież to w Katedrze Łacińskiej, w siedemnastym wieku, król Jan Kazimierz obrał Matkę Boską Królową Polski.
Może kiedyś powstaną we Lwowie polskie uniwersytety i wtedy ratuszowe lwy znów będą witały spieszących ulicą polskich studentów. Oby Bóg tak sprawił!
Na Cmentarzu Łyczakowskim odkryłam pomnik Marii Konopnickiej, śpiącej w cieniu drzew, w morzu kwiatów i polskich wstęg. Droga prowadząca do grobów Orląt Lwowskich udekorowana tu i tam biało-czerwonymi goździkami. Świeżutkie, wychylające się z wazonów na starych polskich grobach, stały dumne ze swej polskości nie stłumionej przez natrętne sowieckie czołgi i bagnety.
Groby Orląt Lwowskich przypomniały mi swą bielą daleki cmentarz pod Monte Cassino. Tam też biel pokrywa krew Polaków z Piątej Kresowej Dywizji Piechoty poległych w walce o co? Za co? Przecież ginąc w maju 1944 roku wiedzieli już, ze Alianci oddali ich kochane Kresy Rosji. Żona i dzieci wywiezione zostały na Syberię na śmierć, chałupa i krowa zostały odebrane...
W jakiej to nieludzkiej męczarni musieli umierać ci biedni Kresowiacy w walce o obcy im włoski klasztor!
Wałęsam się miedzy grobami Orląt, słuchając historii cmentarza
z ust jednej z pań z naszej grupy „Klubu Zloczowskiego", podczas kiedy masy pielgrzymów polskich przesuwały się koło mnie, jakby we śnie. Zdawało mi się, że w tej przeszło półmilionowej dzielnicy zmarłych na Łyczakowie, tysiące polskich bohaterów patrzy na nas ze zdumieniem. Kto my jesteśmy? Kogo szukamy? Kogo odwiedzamy? Dlaczego tak jesteśmy ubrani?
***
Nazajutrz dzięki p. Ani Gordyjewskiej - dziennikarce z Radia Lwów mogłam z jej mężem (pełnił rolę kierowcy i zarazem tłumacza) wyjechać do Zbaraża ku czci pamięci mego ojca, który zmarł dwa lata temu. Opowiadał mi wielokrotnie następujące wydarzenie:
16-go września 1939 roku, pogoda była piękna. Stałem ze swoim batalionem wojska przy zamku, na górce nad Zbarażem, czekając na nieprzyjaciela-Niemca. Widziałem miasteczko jak na dłoni i kościół Bernardyński w dole. Nawet byłem na mszy św. następnego dnia. Byliśmy pewni, że ktokolwiek by się zbliżył, byliśmy w stanie zlikwidować go z miejsca. Razem liczyliśmy 600 chłopa uzbrojonego w karabiny maszynowe i kilka dział artylerii. Ku naszemu zdziwieniu, 17- go w nocy, był komunikat, że Sowieci przekroczyli granice Polski od wschodu i posuwają się do nas. Byliśmy na ich piechotę gotowi.
Niestety, 18-go, pokazała się nieustająca fala sowieckich czołgów. Zaczęła się walka. Kazałem artylerii rąbać po czołgach ile się da. Pogoda dalej piękna, więc czołgi nie grzęzną w błocie posuwając się gładko - tak jakby Pan Bóg stanął po stronie nieprzyjaciela.
Walka w Zbarażu zakończyła się brutalnym rozsianiem terroru przez dziesiątkowanie polskich żołnierzy, kulą w twarz. Reszta została wysłana przez Tarnopol, wpierw do kopalni w Bolszoje - Zaporoże, a później do Komi, do karnego obozu pracy, na śmierć z głodu, zarazy, i wycieńczenia.

***
Zatopiona w gorzkich myślach dojechałam do Zbaraża i stanęłam przy zamku na wzgórzu.

W dolinie błyszczały dachy miasta, dwie wieże kościoła, i klasztor Bernardynów. Zjechałam do miasteczka. Na drzwiach zamkniętego kościoła wyblakła kartka, napisana po polsku przez księży Bernardynów z ich numerem telefonu. Poczułam skurcz w piersiach - na Cmentarzu Orląt Lwowskich widziałam „Zbaraż" wyryty na pomniku umarłych w 1939 roku w bitwach o wolność Polski.
Ze Zbaraża pojechaliśmy dalej na południe do Zaleszczyk. Od dziecka słyszałam od rodziców: Zaleszczyki to najpiękniejszy i najbardziej słoneczny zakątek Polski! Sześciotysięczne miasto, które na kilka lat przed wojną gościło Marszałka Józefa Piłsudskiego i miało bardzo rozwinięte szkolnictwo, nawet obowiązkowe cztery języki. Były przedstawienia teatralne, korty tenisowe, dorożki. To ziemia moreli, winogron i życzliwej ludności ukraińskiej. Dniestr wijący się przeźroczystym kolorem nieba, niby wstęga zielono-turkusowa, dzieląca Rumunię od Polski. Śmiech dzieci na plażach, dźwięki muzyki z licznych restauracji wzdłuż rzeki. Gwar wycieczkowiczów szykujących się na łódkowy spływ Dniestrem. Leżaków chmara, przystanie motorówek, odurzające ciepło, no i błogość młodości.
Aż nagle, w sierpniu 1939 roku, podczas naszego ostatniego tam wypoczynku, rozeszła się przez gazety i radio alarmująca wiadomość, że Niemcy mają uderzyć na Polskę. Powstał ogólny niepokój. Trzeba było wracać jak najprędzej do domu, do Łodzi."
Zbliżając się do Zaleszczyk nie mogłam doczekać się widoku kryształu rzeki, zieleni i purpury winogronowych upraw, łódek, i wrzasku chlupiących się dzieci. Spoglądam na moje pamiątkowe zdjęcie, bobasa z koneweczką w wodzie.
Wjeżdżam wreszcie do miasta. Cisza. Tylko psy gryzą się o resztki ścierwa w śmietniku przy głównej ulicy. „Gdzie są dawne hotele?" Korzystając z tłumacza zapytałam siwe babcie, w kolorowych chustkach, siedzące na ławkach opustoszałego placu miasta. „Nad rjeką" odpowiadają. Spiesznym krokiem przybliżyłam się do rzeki. Ulice nadal puste. Ogarnęło mnie okropne przeczucie. W dali zobaczyłam bielejące w słońcu skały, które rozpoznałam z fotografii. To już tu. Dobiegłam do rzeki. O Jezu! Przed oczyma mętny szaro-brązowy pasek wody i kamienie pogrzebane w błocie brzegu. Wzdłuż rzeki, zamiast szeregu hoteli tętniących życiem, były chwasty po kolana, trawa, śmieci i pasąca się krowa. Po drugiej stronie rzeki znane mi, niezmienione skały.
„Ludzie rozebrali hotele i pensjonaty aż do samej ziemi," mówi jakiś Ukrainiec zdumiony moją wizytą i moim brakiem znajomości faktów życiowych. „Tu przecież była Rosyja przez pół wieku".
Idę dalej w stronę mostu. Mocno tu cuchnęło moczem i brudami. Poza mostem stał jeden zamieszkały dom. „Był to przedwojenny pensjonat pod nazwa Irena," ciągnie Ukrainiec, jedyny, który się uchronił przed rozebraniem. Teraz to dom prywatny. Rozglądnęłam się naokoło. Pokazało się znowu słońce. Ogród przy budynku mienił się złotem jesiennych liści, a przez drzewa woda Dniestru migotała srebrem. Na pustym terenie, obok domu, dogorywały spróchniałe drzewa owocowe - pewnie stare grusze czy morele.
„A gdzie słynne zaleszczyckie plantacje winogron?" - pytam człowieka, który wciąż się za mną ciągnie. „Nie ma, zniszczone" - odpowiada. Wokół miasta same puste pola nie uprawiane - to przerażające, do czego ten system doprowadził!
Jadę do części miasta, gdzie zachował się kościółek, w nim wizerunek Ojca Św. Jana Pawła II. Niedaleko sklep fotograficzny sprzedający odbitki pocztówek Zaleszczyk z dawnych lat. Wykupiłam wszystkie. Cały tuzin! Zobaczyłam na nich panie w dawnych strojach kąpielowych i Orła Białego nad bramą urzędu. Polską chorągiew powiewającą wysoko na jakiejś wieży miasta.
Włożyłam pocztówki mechanicznie do torby. Pomimo cieplej pogody poczułam zimno. Dzisiejsze Zaleszczyki, to świadectwo, do czego sowieci potrafili doprowadzić dawny raj na ziemi; zagrabić, zniszczyć,
i użyć mieszkańców do harowania na Syberii, aby ta barbarzyńska światowa potęga, ta gangrena dalej się rozwijała. Przecież trzeba było te ziemie, według ich frazeologii, ochronić przed cywilizacją Zachodu!
Zostało po nich spustoszenie, ludzie otępiali, bieda z beznadziejnością i zagrożenie wojny domowej na Ukrainie. Odziedziczone pamiątki komunizmu.

***
Jadąc teraz drogami Florydy, widzę jakiś dom, który został spłaszczony podczas huraganu ogromnym dębem. Zmuszam się do żalu, ale serce moje jest głazem. Przed oczyma staje mi ponownie Cmentarz Orląt Lwowskich, falujący w dali i ulice Lwowa - czy to „fatamorgana"? Krzyże na grobach, to bagnety w ramionach tych 18. letnich chłopców. Tylko ich mi żal. I tych dwóch milionów wywiezionych w barbarzyński sposób w głąb Rosji podczas ostatniej wojny. I tych piętnastu tysięcy leżących pod ziemią Katynia.
Od podróży na Kresy nie jestem i nigdy nie będę tą samą osobą.

***
Zastany tam obraz konfrontuję teraz z zachowanym sprzed wojny folderem Zaleszczyk. Jakaż olbrzymia różnica!

piątek, 11 grudnia 2009 19:06
Lucyna Łabińska-Korczyńska

Tłum ludzi, kwiaty, dziesiątki świateł, słowa modlitwy płynące spod krzyża... Tu, gdzie była kiedyś wieś - pusty majdan.
W ciszy rozdygotanego serca słychać jęki, krzyk mordowanych ludzi, widać płonące domy, odgłos strzałów - zgroza. To wtedy był koniec świata, to dzień 28 lutego 1944 r.
Przez to wszystko przebija się szept rozmawiających dziś Ukrainek z pobliskiej wsi.
Rozmowa tłumaczona na język polski:
To zrobili nasi!
Co ty mówisz! Zawsze słyszałam, że to Niemcy...
Odpowiada ta pierwsza - poznałam jej szept:
Nieprawda. Obiecali wielką, wolną Ukrainę. Dali mundury, broń i kazali zabijać. Zabijali. Mówiono, że przed wojną nasi byli bardzo biedni i to przez polskich panów - wyjeżdżali do Ameryki, ale wracali, budowali domy, zostawali na tej ziemi. Teraz też wyjeżdżają do tej Ameryki, ale nie wracają.
Myślę sobie: - pamięć to - czy przekaz rodzinny. Nawet jeśli to tylko przekaz, to cieszy. To świadectwo prawdy, o które przecież kruszono przysłowiowe kopie przez wiele lat.
I dzisiaj ten poświecony Krzyż ma świadczyć o pamięci, również o przebaczeniu.
Pamiętam!... przypominam sobie: wiosna 1944 r., blisko Wielkanoc. A nocą kartki na ogrodzeniach: wynoście się z miasta, bo zrobimy z wami to, co w Hucie Pieniackiej!
Koniec kwietnia - stacja kolejowa w Ożydowie. Wieczór. Wkoło widać łuny pożarów. Słychać ciągły terkot karabinów maszynowych. Nadlatują sowieckie samoloty. Lecą do Lwowa zrzucić bomby na chwałę wielkiego Stalina. Zbliża się pierwszy maja. Podróż towarowymi wagonami do Krakowa trwała dwa tygodnie. Tak pożegnałam się z Podolem.



Wyjazd na Kresy z okazji Odsłonięcia Pomnika w Hucie Pieniackiej

piątek, 11 grudnia 2009 19:04


Październik 2005
Barbara Rzuchowska
- historyk sztuki, Kraków
Nagła i niespodziewana propozycja z Klubu Złoczowskiego: może chcesz pojutrze jechać z nami na Kresy? Chcę, oczywiście, że chcę! Marzę o tym by zobaczyć po 20. latach Kresy, polskie niegdyś miejscowości i oczywiście Lwów - miasto snów wielu kresowian.
Czwartek, godz. 11.20. Wyjeżdżamy.
Pogoda przepiękna! Słońce otula, ogrzewa, raduje i uszczęśliwia. Kierunek Przemyśl i przejście graniczne Medyka.
Wstyd się przyznać! Tereny, tak bliskie, byłam z nimi związana rodzinnie, a od tylu lat ich nie odwiedzałam...
Gdzieś w podświadomości kołacze myśl o biedzie na ścianie wschodniej Polski. A tu tymczasem mijamy zadbane, czyste i odmalowane domy, wypielęgnowane i urokliwie ukwiecone przydomowe ogródki. Wszystko radosne i schludne.
Kierownictwo zarządza pierwszy postój przed granicą, w barze „Taurus" słynącym z przepysznych golonek. Ruch, gwar, tłum. Mężczyźni się „golonkują" i zachwycają tym tłustym polskim jadłem. Współtowarzysze podróży są syci i wyraźnie zadowoleni. Więc w końcu mkniemy prosto do granicy. Sympatyczni wopiści z obu stron. Jedziemy autobusem VIP-owskim „służbowo" na Ukrainę. Spotykamy się tylko z życzliwością, uśmiechem, dowcipem. Granica za nami. Granica narzucona i przecież dzieląca tereny, które do II wojny światowej były polskie. Do Lwowa już tylko 70 km.
Jakość szosy jest ważna, bo Lwów jest przecież miastem dużym i znaczącym nie tylko dla Polaków. Doznaję szoku, bo po stronie ukraińskiej jest dużo gorsza. Szokuje też pustka wokoło i leżąca wzdłuż drogi ogromna ilość śmieci, butelek i papierów. Zastanawiam się, jaka jest tego przyczyna. Przychodzi mi na myśl jedyne wytłumaczenie, że być może tak długie są kolejki od strony ukraińskiej do przekroczenia granicy i brak infrastruktury w trakcie oczekiwania w kilkugodzinnym postoju (nie ma moteli, barów, toalet). Pewnie coś w tym jest, ale dalsza podróż pokaże, że przydrożne śmieci stale towarzyszą tutejszemu pejzażowi. Szkoda więc zaprzątać sobie tym głowę.
Omijamy Lwów i wreszcie docieramy do miejsca naszych noclegów, czyli Złoczowa.


Złoczów
Wieczór. Jest całkiem ciemno. Oświetlenia prawie żadnego, mimo, że nasz hotel „Ukraina" zlokalizowany jest w małym parku, w centrum miasta. Jest tak, jakby wehikuł czasu cofnął nas do lat 60-70. Ponure wnętrze, długie korytarze, lamperie, łazienki niby w każdym pokoju, ale tylko w dwóch pokojach ciepła woda. Ponuro, ale czysto. Wychodzimy przejść się po mieście. Przypominają mi się wiadomości, że Złoczów był miastem już od XV wieku i w 1523 roku nadano mu prawo magdeburskie oraz, że związany był ze znanymi rodami Sienieńskich, Zborowskich, Sobieskich i Radziwiłłów. Zostawiam na chwilę rozważania o czasach minionych i idziemy zaznajomić się z wieczornym październikowym Złoczowem roku 2005. Godzina 22.00. Korso z pomnikiem pilnowanym przez dwóch mundurowych. Grupki młodzieży ciche i spokojne, chętnie i uprzejmie odpowiadające na zadane pytania. A miasto? - cóż, słabo oświetlone robi dość prowincjonalne wrażenie. Kamieniczki o dobrej architekturze, niektóre odnowione, inne jeszcze nie. Szczególnie dwie, wyróżniają się pięknymi secesyjnymi fasadami.
Wstępujemy coś zjeść do małej restauracji. Wnętrze postmodernistyczne, tzn. w obojętnym europejskim stylu z lat 80-tych. Młodzież taka sama jak w każdym zakątku świata: sympatyczna, rozmawiająca, pijąca głównie piwo i tańcząca. Muzyka różna, i ta zachodnioeuropejska, ale też i współczesna ukraińska. To był mój pierwszy kontakt ze Złoczowem.
Główny powód wyjazdu był jednak inny - uczestnictwo w uroczystościach w Hucie Pieniackiej i przekazanie przez członków „Klubu Złoczowskiego" kolejnej pomocy finansowej potrzebującym Polakom ze Złoczowa i okolic. Złoczów służył więc głównie nie jako cel, a nasza baza wypadowa i noclegowa. Ciągle mam niedosyt poznania tego tak fascynującego miejsca. Jeszcze tylko dane mi było zwiedzić Złoczowski Zamek. A zamek jest wspaniały. W głównym swoim zarysie powstał w XVII wieku. Ma formę cytadeli na planie kwadratu, z bastionami. Część odrestaurowana, to późnorenesansowy pałac (w nim mieści się filia muzeum lwowskiego) oraz XVIII wieczny pawilon chiński. Konserwacja i zbiory słabe, ale za to proporcje pałacu dobre, zgrabne. Dekoracja zewnętrzna surowa: boniowane pilastry, prostokątne okna w obramieniu z trójkątnymi szczytami. Dach łamany, dwuwarstwowy, pokryty, niestety szwedzką blachą trapezową, a nie ceramiczną dachówką. Nowoczesność wciska się wszędzie!
Wracam więc do dnia drugiego. A dzień drugi to udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika w Hucie Pieniackiej, upamiętniającego ofiary pomordowane w tym miejscu 28 lutego 1944 roku.
A więc jedziemy...
Droga wiedzie przez wsie, bardzo biedne. Drogi bite albo asfaltowe, ale wszystkie jednakowo zniszczone, wszystkie złej jakości. W obejściach chaos, straszliwy bałagan, ani krzty estetyki. Nie ma nic ładnego, ani trawy, ani kwiatów. Wiele domów pustych, opuszczonych, czekających, aż czas pozwoli im się kompletnie rozsypać. Bardzo mało zaoranej czy obsadzonej ziemi. Ale tam, gdzie przekopana, przygotowana pod zasiewy - ziemia jest czarna, oleista; słynny czarnoziem, tak żyzny, że plon zbierano kilka razy w roku, a sucha gałązka wsadzona do gleby wypuszczała zaraz zielone listki. Pod wpływem sugestii tubylców, zaopatrzeni w mapę terenu, część trasy usiłujemy pokonać na skróty. Droga wąska, bita, biegnie przez pola, łąki, między łagodnymi pagórkami. Pogoda jest piękna. Chłonę krajobraz, jestem bardzo szczęśliwa i urzeczona. Wjeżdżamy w złocisty las i zaczynamy się co nieco wspinać. Nagle nasz autokar zatrzymuje się. Chwilę stoimy, ktoś wysiada, potem następny. Coś jest nie tak. Wysiadamy wszyscy i widzimy, że tył naszego autokaru ugrzązł do połowy tylnego koła w głębokiej bagnistej dziuro-kałuży, zaś tył pojazdu wrył się w glinę. Co tu robić? Zaczynają się różne próby. Podkładamy kamienie, gałęzie pod koła, pchamy, ale autobus tylko warczy, skrzeczy i coraz głębiej grzęźnie. Okolica całkiem pusta, bez zabudowań. Droga wą¬ziutka nie uczęszczana, telefony komórkowe bez zasięgu. Za godzinę mają rozpocząć się uroczystości, a my stoimy i rozważamy naszą beznadziejną sytuację. Tylko nasz przytomny kierowca ciągle działa i próbuje.
Nadjeżdża nagle z prze¬ciwka samochód. Właściciel widzi, co się dzieje i obiecuje jechać do najbliższej wsi po kogoś z traktorem. A tymczasem po upływie kilkunastu minut za nami dojeżdżają 4 polskie VIP-oskie autokary zmierzające na tą samą uroczystość. Jest pełna blokada drogi, bo ani nie da się jechać do przodu ani nawrócić. Rozchodzimy się po poboczach wymyślając możliwe scenariusze. Niespodziewanie, i to z ogromnym zdziwieniem i jeszcze większą radością i niedowierzaniem, obserwujemy jak autokar sapiąc, dysząc i dymiąc wygramolił się z dziury. Wybawcą okazał się nasz kierowca, który nie poddał się, tylko spróbował podnieść nadwozie autobusu na jego pneumatycznych poduszkach. W ten sposób odciążył go i ruszył dalej bez przeszkód. Jedziemy przez jesienne krajobrazy.

Huta Pieniacka
Dzisiaj to rozległy teren wśród lasów, pokryty łąkami, z malowniczymi trawami, ostami - bodiakami i kępami brzóz. Teren łagodnie pofalowany. Przestrzeń ogromna, dziewicza, dzika. Wzrok wędruje w nieskończoność. Jest ciepło, słonecznie. Światło roziskrza wszystkie bajkowe kolory jesiennych drzew porastających teren. Przeważa kolor żółty i złocisty, czasem przerywany czerwonymi plamami. Powietrze krystalicznie czyste: chyba na tym polega urok Kresów.
Kiedyś na tym terenie była polska wieś ze 172. gospodarstwami. Począwszy od roku 1939, przybywali tu uciekinierzy z sąsiednich wsi i osad. Ich liczba gwałtownie wzrosła w 1943 roku, gdy we wsi schroniła się spora liczba Polaków, terroryzowanych przez miejscowe oddziały UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). I przyszedł tragiczny dzień 28 lutego 1944 roku, kiedy większość mieszkańców: mężczyzn, kobiet i dzieci (ponad 1000 osób) zostało brutalnie zamordowanych. Cała wieś została doszczętnie spalona i zburzona tak, aby nie pozostał najdrobniejszy ślad, który mógłby o tym przypominać, zmieniono nawet rzeźbę terenu. To się nazywa myślenie historyczne! W ramach porozumienia polsko-ukraińskiego, po wielu latach starań, doszło do budowy pomnika upamiętniającego pomordowanych. Pomnik stoi w środku łąkowej przestrzeni. Jest prosty, piękny, ma formę krzyża. Z dwóch jego stron przylegają kamienne prostokąty z wyrytymi nazwiskami zidentyfikowanych ofiar mordu. Mamy więc 21 października 2005 roku, godzina 13.00, uroczystość odsłonięcia - piękna i wzruszająca, z oficjelami ze strony polskiej i ukraińskiej, z polskimi księżmi ze Złoczowa, z polskimi (lwowskimi) harcerzami, z chórem, też ze Lwowa, z rodzinami ofiar pomordowanych, z nielicznymi osobami-świadkami, którzy to przeżyli. Są długie modlitwy, litanie za zmarłych, wzruszająca msza święta, oficjalne przemówienia ze strony polskiej i ukraińskiej. Patriotyczna, śpiewana przez chór, oprawa uroczystości. Nie brakuje też naszych rozmów z tymi, którzy to przeżyli.

Podkamień
Opuszczamy Hutę Pieniacką. Zaduma, smutek, rozmyślania o wyrokach losu ludzkiego. Autokar kolebie się i wkrótce staje. Budzę się z letargu. Jesteśmy w Podkamieniu. Miejsce związane jest z diabłem, który leciał trzymając w rękach wielki kamień i właśnie w tym miejscu go upuścił. I tak w środku doliny i wśród pól i łąk, całkiem bez sensu i przyczyny, leży ogromny, gigantyczny głaz.
Patrzę na niego z góry. Wrażenie niesamowite. Wokół nie uświadczysz żadnych skał czy gór, więc, w jaki sposób on tu się pojawił? Chyba rzeczywiście jest to sprawa roztrzepanego diabła. Miejscowość Podkamień znana była z istnienia w niej konwentu OO. Dominikanów. Duże założenie klasztorne, budynki z celami zakonnymi, kościół, kaplica Stopek Panny Marii, brama dzwonna. Wszystko na wzniesieniu, otoczone wysokim murem. Miejsce to związane jest z Dominikanami od XV wieku, ale właściwie zabudowania klasztorne i kościół, powstawały od XVII do XVIII wieku. Przyczynili się do tego Aleksander Cetner i Michał Potocki, którego tablicę fundacyjną odnajduję na murach klasztornych. Dominikanów nie ma tu już dawno. Tu też, 11 marca 1944 roku, zamordowano ok. 900 osób., w tym również księży i braci zakonnych.
Po powtórnym wkroczeniu Sowietów, NKWD uczyniła z klasztoru więzienie dla przestępców politycznych. W podziemiach kaplicy było miejsce przesłuchań, z doskonałą akustyką, by krzyki torturowanych były dobrze słyszalne w celach więziennych. Stąd szło się, albo od razu do nieba, albo do gułagu. Potem, w budynku poklasztornym ulokowano szpital psychiatryczny, który istnieje do dziś. Idziemy między murem ogrodzeniowym i długą fasadą budynku klasztornego - zdewastowanego, odrapanego. Jest senne, ciche, słoneczne, jesienne popołudnie. Pod murem, pod chorymi drzewami, na kopcach z liści, ziemi lub kamieni drzemią wyliniałe, pokręcone chudziuteńkie koty i psy. Na nasz widok „wysypują" się z budynku i obskakują nas kobiety w łachmanach; małe, pokurczone, o zdegenerowanych, ale bardzo życzliwych twarzach; dotykają nas, głaszczą. Atmosfera z Boscha, Breughla lub jak z filmów Felliniego i neorealizmu włoskiego.
Przez okna obserwują nas inne smutne twarze. W futrynach okiennych, na sznurach, suszą się brudne, potargane fragmenty garderoby pensjonariuszy. Mijając bramę wchodzimy na właściwy teren klasztoru. Obecnie zespół ten został przekazany cerkwi greko-katolickiej. Jedną, oddzielną kaplicę, w której przechowywany jest cudowny drewniany krucyfiks (jedyny przedmiot zachowany z dominikańskiego kościoła), odnowiono, wypełniono ikonami i przystosowano do kultu. Sam, niegdyś wspaniały kościół, barokowa strzelista bazylika z wydłużonym prezbiterium, z kaplicami kończącymi nawy boczne, straszy całkowicie zrujnowanym wnętrzem bez okien i drzwi, i licznymi śladami po kulach. W jednej z kaplic bocznych nieźle zachowały się piękne architektoniczne podziały i zdobienia, a także rokokowa w formie sztukateria sklepienia, autorstwa Jana Chrzciciela Falkoniego. W prezbiterium zaś, dostrzec można na ścianach, fragmenty polichromii Stanisława Stroińskiego, a także fragmenty posadzki. To zdewastowane wnętrze działa na mnie niesamowicie. Zamykam oczy, a różne kadry historyczne, awanturnicze, religijne przesuwają mi się w wyobraźni. Słyszę śpiewy mnichów, głos kaznodziei, wystrzały, wybuchy, płacz, krzyki rannych.
I znów Złoczów, wieczór przy kolacji. Smakowite, tanie jedzenie i niekończące się rozmowy. Sobota, trochę smutno, bo to już ostatni dzień mojego spotkania z Kresami, a przed nami jeszcze Podhorce, Olesko i oczywiście Lwów.

Podhorce
Podhorce - wspaniałe założenie pałacowo-parkowe. Przypominają się wszystkie wiadomości z historii kultury i sztuki, zdjęcia, sztychy, obrazy z lat nauki; a więc lata 30. XVIII wieku, hetman Stanisław Koniecpolski, Sobiescy, Rzewuscy, Sanguszowie, architekt Andrea Dell Aqua, malarz Szymon Czechowicz.
Konfrontacja z tym, co mogę na własne oczy zobaczyć. Zamek robi na mnie ogromne wrażenie. Jest wielki, majestatyczny, imponujący - a przecież była to tylko willa wiejska! (Sic!) Jakiż to poziom intelektualny, jakiż gust i rozmach mieli ci, którzy przyczynili się do jego powstania. Pałac jest mocno zniszczony. W końcu, w pierwszej ćwierci XX wieku, zamek był wielokrotnie plądrowany, a po II wojnie światowej zorganizowano w nim szpital. Szpitala nie ma od 1997 roku i teraz mieści się tu filia lwowskiej galerii obrazów, która wolno, ale przeprowadza renowację.
Naprzeciw bramy wjazdowej do pałacowego parku, po przeciwnej stronie drogi, wznosi się kościół zamkowy pod wezwaniem Św. Józefa, zaprojektowany w latach 50-tych XVIII wieku przez K. Romanusa. Zachwycam się wspaniałą formą architektoniczną. Budowla centralna z kopułą na okrągłym bębnie. Portyk kolumnowy, trójkątnie zwieńczony. Doskonała dekoracja rzeźbiarsko-figuralna. Architektura na najwyższym poziomie, świetnie nadająca się do Rzymu, a tymczasem stoi tu wśród pól, przy bardzo lokalnej drodze. Świątynia dosyć zniszczona, co nic nie umniejsza jej piękna. Coś w środku zaczęto odnawiać, ale droga to daleka i kosztowna.
Jak Podhorce, to w pobliżu Olesko. Oba zamki na wzniesieniach. Dawniej można było zobaczyć z okien jednego, drugi. Pewnie, więc wystrzeliwano jakąś racę i tak zapraszano się na obiad, bal czy polowanie.

Olesko
Olesko to następny kawałek polskiej historii. Przecież to tu urodził się Jan III Sobieski. Stylowy, dość surowy w swojej formie architektonicznej zamek, swój kształt uzyskał w latach 80-tych XVII wieku. Posadowiony na małym, owalnym plato, górującym nad okolicą, jest niezwykle malowniczy. Zamek dużo wycierpiał: władanie austriackie, koszary, zburzenia, rujnacja w czasie II wojny światowej. Zamek odrestaurowano - odbudowano w latach 1965-1975. Nawet, jeśli jest on makietą pierwowzoru, spatynował się już i świetnie obrazuje ideę i klimat tego typu rezydencji. Obecnie jest on filią lwowskiej galerii obrazów. Cóż, małe Olesko może poszczycić się jeszcze XVIII wiecznym klasztorem OO. Kapucynów; dość skromnym, ale urokliwym, fundacji Rzewuskich i kościołem Św. Trójcy z w. XVII w centrum miasteczka.

Lwów
Ostatni etap podróży to Lwów. Lwów - miasto, które kochał ogromną, młodzieńczą miłością mój ojciec, który przed wojną zaczął studia na Politechnice Lwowskiej. Tata opowiadał mi bardzo wiele o Lwowie, o jego życiu artystyczno-kabaretowym, śpiewał piosenki „batiarskie", cytował dowcipy i wierszyki kabaretowe. Byłam we Lwowie raz i tylko jeden dzień, 25 lat temu. Zwiedziłam go całkiem precyzyjnie jak na tak krótki czas. Miasto było bardzo zniszczone i zaniedbane, ale odsłaniało przede mną swą pierwotną wielkość, świetną architekturę, piękne kamienice, wspaniałe kościoły, do których przeważnie nie można było wejść. Jak wygląda teraz? Moim przewodnikiem jest Teresa Starmach, związana z tym miastem rodzinnymi korzeniami. A więc najpierw Łyczaków. Jedziemy tramwajem nr 7. Tramwaj szary, trzęsie się i rzęzi niemiłosiernie. Co krok przystanek, czyli to nie tylko w Krakowie, ale też we Lwowie: „tramwaj Panie Kochany, to nie jest tramwaj, tylko zbiór przystanków". Wreszcie cmentarz i groby: Grottgera, Zapolskiej, Konopnickiej... Cmentarz piękny, bardzo polski, sięgający początkami do 4 ćwierci XVIII wieku. Palimy świeczki, modlimy się na grobie dziadka Teresy i jego trójki dzieci. Potem nekropolia Orląt Lwowskich. Jest to miejsce rzeczywiście bardzo piękne, wspaniale położone - doskonałe modernistyczno-kubistyczne założenie architektoniczne. Kolumnada, monumentalne pylony i jednakowe, proste, surowe nagrobki - tak bardzo przejmujące.
Wędrujemy dalej, wspinamy się po zboczu, wśród grobów często zaniedbanych, aby dotrzeć do miejsca pamięci - cmentarza powstańców styczniowych.
„Górka Powstańców" położona jest wysoko, wśród drzew. Dominuje romantyczny Pomnik Powstańca, a za nim rozciąga się ogródek żelaznych surowych krzyży z tabliczkami upamiętniającymi poległych; to naprawdę wzrusza.
Porównuję lwowski Łyczaków i krakowskie Rakowice, który cmentarz jest piękniejszy? Głosuję jednak za Krakowem, nie całkiem obiektywnie, bo spoczywają tu moi przodkowie. Ale też wydaje mi się, że ilość i jakość starych krakowskich nagrobków, wtopionych w park starodrzewu, jest wspanialszy. Łyczaków góruje, urokliwie pofalowanym, tarasowo ukształtowanym terenem, w którym znakomicie komponują się nostalgiczne, zwłaszcza XIX wieczne, nagrobki.
Jeszcze kilka godzin na sam Lwów. Mój przewodnik jest znakomity. Nie trzeba sięgać do żadnych map i opisów. Teresa czuje się w tym mieście jakby zawsze tu mieszkała, a przecież spędziła w nim tylko dwa dni.
Geny rodzinne?
Zetknięcie obecnego wyglądu Lwowa z tym z przed 25 lat.
Wiele kamienic odnowionych lub są w trakcie prac renowacyjnych. W wielu wypadkach mam duże zastrzeżenia, co do jakości konserwacji. Ale i tak jest wspaniale. Katedra Polska, Kościół Dominikanów, Katedra Ormiańska, nie sposób pisać o każdej z nich. Wspaniale, że te wszystkie niepowtarzalne zabytki związane z kulturą polską, bądź kresową, odzyskują swą dawną świetność. Wiele czeka na swoją kolejkę, ale i tak jest ogromny postęp w porównaniu z rokiem 1976.
Trwają np. prace w kaplicy Boimów; w tym bardzo naszym, choć nieco prowincjonalnym, manierystycznym klejnocie - świadku czasów i gustów polskiej elity początku XVII wieku. Świetność odzyskują nie tylko budowle sakralne, ale też i całe miasto. Tak więc, tłoczno i gwarno jest w śródmieściu. Wzdłuż alei Mickiewicza, znane hotele odzyskały swój blask. Pyszni się świetny gmach opery. Pomnik Mickiewicza już prawie w pełnej krasie. Ścisk panuje w przytulnych kawiarenkach z dobrą kawą i ciastkami. Wzdłuż deptaku ludzie spacerują, rozmawiają, uśmiechają się, grają w szachy, jest tak bardzo miło i normalnie. Ale jest też druga strona medalu; ulice, które pamiętają jeszcze dawne, dawne czasy.

I tak powoli moje spotkanie z okręgiem lwowskim dobiega końca. Mam ochotę znów tu przyjechać...


Lech Antonowicz

piątek, 11 grudnia 2009 19:00

- prof. Prawa Międzynarodowego UMCS w Lublinie Są dwie „szkoły" w sprawie naszych powrotów na Kresy, czy raczej odwiedzin stron wcześniej pożegnanych. Są tacy, którzy tam nie jeżdżą, uważając, że to mogłoby narzucić czy nawet zniszczyć obraz tego, co zapamiętali. Tym bardziej, że dla dziś jeszcze żyjących, są to z reguły obrazy z lat dziecinnych czy też wczesnej młodości. Zapewne znaczna większość Kresowiaków jednak odwiedza swoje strony rodzinne i ja także do nich należę.
Kiedy w 1967 roku, korzystając z pobytu we Lwowie na zaproszenie tamtejszego Uniwersytetu, pojechałem po raz pierwszy po wojnie do Złoczowa (nielegalnie, bo bez wymaganego zezwolenia), z wielkim trudem poznałem swoje rodzinne miasto. Było zmienione i zaniedbane, nawet w stosunku do stanu z okresu wojny (1944). Charakterystycznym elementem przy głównej ulicy był szereg tablic z wielkimi zdjęciami miejscowych przodowników pracy. Natmomiast miłą niespodzianką był nadal otwarty i nieźle utrzymany Kościół.
Wtedy też zdecydowałem się pojechać jeszcze do Jelechowic. Na tamtejszym cmentarzu, na którym w czasie wojny zostali pochowani moi dziadkowie - ojciec matki oraz matka ojca - nie pozostał żaden ślad. Jeszcze dalej o niecały kilometr - między Hołodyłowem a Owsiskiem - była siedziba mojej rodziny, gdzie w Wielką Sobotę w 1944 roku, zostaliśmy napadnięci przez ukraińskich nacjonalistów, najprawdopodobniej członków UPA. Byliśmy uzbrojeni i zdołaliśmy wszyscy (było nas 10) ujść z życiem. Dom i inne budynki zostały rozgrabione i potem spalone. Jedynym śladem, jaki pozostał w tym miejscu do dzisiaj jest zmurszały postument, na którym znajdowała się figura Matki Boskiej. Resztę pokrywa gęsty las. Obojętny na ludzkie dramaty, nadal się rozwija.
Kilkakrotne pobyty w Złoczowie i okolicach, już po rozpadzie ZSRR (ostatni w 2005 r. z okazji odsłonięcia pomnika pomordowanych w Hucie Pieniackiej) sprawiły, że oswoiłem się z ich obecnym wyglądem. Zarazem okazuje się, że wcale nie usuwają one z mojej pamięci obrazów o wiele dawniejszych.